Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

piątek, 24 lutego 2006
Wsiadam dziś rano do tramwaju, rozglądam się i co widzę? Cztery osoby czytają książki.

- Ha! - myślę sobie - nie jest tak źle z narodem, jeszcze Polska nie zginęła póki my czytamy!

Przypatrzyłem się lepiej: wśród czytających same kobiety. No cóż, przynajmniej kobiety trzymają jakiś poziom. Patrzę dalej: dwie z nich mają w uszach słuchawki. Jedna słuchała jakiegoś wyjącego, charczącego i warczącego rzężenia tak głośno, że przez cały tramwaj szło echo. Tu mój poranny optymizm poważnie się zachwiał. Ale upadł i rozbił się w drzazgi o twardą skałę rzeczywistości dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem co zajadłe czytelniczki czytały: albo podręcznik, albo romansidło. To tyle, jeżeli chodzi o czytelnictwo w Polsce.

Morał pierwszy z tej historii: jeżeli chcesz zostać optymistą, nie przyglądaj się zbyt dokładnie rzeczywistości. Poprzestań na pierwszym wrażeniu. Nie dociekaj, nie wnikaj i nie licz.

Morał drugi: jeżeli chcesz utrzymywać się z pisania, pisz albo podręczniki albo romansidła.

Morał trzeci: ten, kto powiedział, że czytanie książek to przeżytek i strata czasu był idiotą. Niestety większość społeczeństwa temu idiocie uwierzyło. A jak myślicie, kim jest ten, kto wierzy idiocie? No kim?

I na koniec morał czwarty - zwięzły i krótki: ludzie, czytajcie książki!

środa, 22 lutego 2006
Śniło mi się, że byłem gościem w jakimś programie publicystycznym (typu "Co z tą Polską"). Przychodzę do studia, a tam mnie jakiś gość sadza przy stoliku z podejrzanie wyglądającymi typami. Następnie prowadzący przynosi mi talerz i nakłada jajecznicę.

Dowiaduję się, że głównym punktem programu ma być dysputa między mną a Leszkiem Bublem na temat tego czy Ukraina powinna należeć do Polski czy do Rosji. Hm, ciekawe. Widać jestem kimś ważnym w tym śnie.

Bubel pojawił się nie wiadomo skąd przy moim stoliku, popatrzył w kamerę i w końcu wyraził opinię, że Ukrainę powinno się dołączyć do Polski, a w ogóle najlepiej to by było, jakby wyrżnąć wszystkich Żydów. Na to ja odpowiedziałem, że Ukraina powinna się związać z Rosją, a najlepiej by było, jakby z nikim się nie łączyła, tylko wprowadziła wolny rynek i liberalizm gospodarczy. Kiedy zacząłem dowodzić, że nastąpiłby tam niechybnie szybki wzrost gospodarczy, Bubel zaczął na mnie najeżdżać, że jestem głupi, a w ogóle to pewnie jestem Żydem. Na co ja mu odpowiedziałem coś błyskotliwego (nie wiem co, ale wiem, że było błyskotliwe i inteligentne).

W końcu debata się skończyła i wszyscy powiedzieli, że bardzo dobrze wypadłem. Więc podszedłem do czyjegoś samochodu, żeby pojechać do domu, a tu nagle przychodzi Bubel i mówi, że samochody są beznadziejne. I że dużo lepiej użyć latającego dywanu. Po czym wyciąga skądś latający dywan, siada na niego, rzuca wszystkim pogardliwe spojrzenie i odlatuje. Bardzo mi się spodobał motyw z latającym dywanem i poszedłem się dowiedzieć, gdzie można taki kupić i ile kosztuje.

Rany, co za idiotyczny sen! Ja i Bubel w jednym pokoju??? Wstyd, proszę pana, wstyd, żeby mi się takie sny śniły!...

poniedziałek, 20 lutego 2006
Błogosławieni ci, którym wszystko wisi, albowiem oni osiągną święty spokój.

O, jakiż to musi być komfort, jakie życie musi być beztroskie, kiedy człowiekowi na niczym nie zależy! Czasem sobie myślę, że gdybym tylko mógł to tak bym właśnie chciał.

Wkurzył cię penent, zamykasz mu okienko przed nosem - bo co ci zależy? Wchodzi do tramwaju stuletnia babcia, nie ma miejsc - a ty rozsiadasz się wygodniej. Bo cię to wali. Twoja dziewczyna narzeka, że nie poświęcasz jej czasu - mówisz jej "sp***" i idziesz na piwo. I już. Nie zależy ci. Jesteś (nie daj Boże) w rządzie, dziura budżetowa aż piszczy, więc ty co? A zwiększasz wydatki na administrację, chociaż i tak jest już najbardziej rozbudowana w Europie, a rozdajesz becikowe pod świeżo zaciągniętą pożyczkę, którą będą spłacać dwa kolejne pokolenia. A jak! A co! Zależy ci?

Największym problemem przy takim podejściu do życia jest to, że w przypadku obecności resztek sumienia i poczucia ludzkiej przyzwoitości, musisz się co rano powstrzymywać, żeby nie napluć w lustro, widząc swoją twarz. Ale to się zadziwiająco rzadko zdarza.

Mnie niestety zależy. Głównie na ludziach. Na tym petencie, na tej babci, na tej dziewczynie, na tym społeczeństwie. Na tych na dole, na tych małych i słabych. Jakoś tak ich lubię, nie wiem dlaczego. Może to moje szlacheckie korzenie budzą we mnie chęć opieki nad tymi, którzy są mniejsi, słabsi i nie tak jak ja rozgarnięci?

To, że mi zależy, uważam za rodzaj kalectwa. Lub choroby. Myślę, że zaraziłem się od kogoś. Nawet chyba wiem od kogo. Tak czy owak, muszę z tym moim kalectwem żyć.

Czego sobie i wam na ten tydzień życzy,

piątek, 17 lutego 2006
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy byłem mocno zaangażowany w rozglądanie się za pracą. W związku z tym przechodziłem kilkakrotnie przez wszystkie możliwe etapy rekrutacji, najdziwaczniejsze rodzaje testów, rozmowy kwalifikacyjne z ludźmi na różnych szczeblach itd. I tak się przy tym zastanawiałem: ile z tego jest kwestią skutecznego działania sprawdzonych procedur selekcyjnych, a ile kwestią przypadku?

Ciekawe jak często się zdarza na przykład, że kandydat źle wypadł na rozmowie kwalifikacyjnej, bo akurat dostał rozwolnienia. Albo ma okres. Albo się nie wyspał. Nie wiem ile razy się to zdarza, ale wydaje mi się, że wpływ na to, żeby dobrać sobie dokładnie takiego pracownika, jakiego się szuka, jest minimalny.

I tak się jeszce zastanawiam: co powinno być dla programisty kryterium w poszukiwaniu pracy? Możliwość awansu, możliwość rozwoju, wybór właściwej ścieżki zawodowej... bla, bla, bla. Nudziarstwo. Dla mnie przy wyborze pracy co najmniej równie ważną role grają rzeczy następujące:
  • czy jest w pracy kuchnia i kawa
  • czy współpracownicy mają poczucie humoru (o, bardzo ważne!)
  • czy jest w okolicy cukiernia i spożywczy
  • czy pracując można słuchać radia
  • czy jest gdzie zostawić rower
  • czy kolega przy biurku obok głośno siorbie pijąc kawę
  • czy widok z okna jest bardzo przygnębiający
  • czy będę musiał nosić garnitur, krawat itp.
Ale jeszcze się nie spotkałem z tym, żeby w ofercie pracy ktoś napisał:

Firma taka-i-taka zatrudni tego-i-tego.
Wymagamy:
  • 2 lata doświadczenia z C/C++, Visual C++, MFC
  • komunikatywność
  • bla bla bla...

Oferujemy:
  • niezłe zarobki
  • wesołą drużynę
  • darmowe sesje u psychologa-specjalisty w leczeniach chorób związanych z pracoholizmem
  • piątkowe konkursy gry w Counter-Strike'a w sieci firmowej
  • ładny widok z okna
  • doskonałą brazylijską kawę
  • kolorowe ściany, na których można malować
  • dwa sklepy spożywcze, jedną cukiernię i McDonald's 50 metrów od siedziby firmy
  • firmowe rybki, chomika i dwie papugi
Ach, gdybym znalazł taką firmię... Z taką firmą związałbym się na długie, długie lata! Więcej firm z luźnym podejściem do życia życzy sobie i wam,
środa, 15 lutego 2006
Wiele osób zastanawia się jak mogę godzić krytyczne, kąśliwe, zgryźliwe, złośliwe i ogólnie nieprzyjemne wypowiedzi z tym, że jestem chrześcijaninem, czego wcale nie kryję.

Chociaż określenie "zastanawia się" w ostatnim zdaniu jest nieścisłe. Zastanawiać, to się raczej nie zastanawiają. Większość z tych osób już wie, co myśleć należy i albo mi się dziwi albo się nade mną lituje albo mnie potępia, albo też mnie "napomina" (eufemistyczne określenie potępienia), abym był miły, uprzejmy i zawsze się uśmiechał, jak na chrześcijanina przystało.

Ani mi się śni.

Po pierwsze dlatego, że bycie chrześcijaninem nie oznacza dla mnie przymus u bezustannego uśmiechania się do siebie nawzajem, jak w stereotypowym obrazie przeciętnego Amerykanina. Skoro chrześcijaństwo to naśladowanie Chrystusa (jak sama nazwa wskazuje), nie powinno nikogo dziwić, że uczeń zachowa się czasem podobnie jak jego nauczyciel. Do tego ile Jezus publicznie nakrytykował jemu współczesnych (nie żeby sobie na to nie zasłużyli) to mi ciągle daleko. Czasami obdażał ich epitetami, za które dzisiaj z miejsca by mu wytoczono proces. Urbanem nie leciał, to fakt, ale i tak, im bliższe oryginału tłumaczenie, tym bardziej widać jak mocno i twardo brzmiały słowa Jezusa z Nazaretu.

Po drugie dlatego, że ci, na których wieszam psy, dobrze się napracowali, żeby sobie na ten wątpliwy zaszczyt zasłużyć. Mówienie prawdy o kanaliach i durniach niesie same dobrodziejstwa: jednego ostrzeże, innemu sprawi ulgę, kogoś zmusi do myślenia, a ktoś poczuje się odważniejszy i mniej stłamszony widząc, że ktoś inny potrafił powiedzieć głośno i otwarcie to, co wielu myślało w głębi ducha.

Po trzecie dlatego, że waga popełnianych świństw, draństw i sk***syństw powinna mieć proporcjonalne odzwierciedlenie w słowach. Jeżeli więc za głupotę, brak wyobraźni, chciwość czy egoizm jakiegoś faceta płacą setki tysięcy ludzi - wtedy należy użyć naprawdę mocnych i dobitnych słów, by to adekwatnie opisać. Bo kto zabrania piętnować krzywdzącego, ten pluje w twarz krzywdzonym.

Nieszczęście polega na tym, że wielu z tych, którzy traktują Boga poważnie tak zakochali się w miłości, że zapomnieli o rozumie. Między miłością a "atmosferą miłości" jest akurat taka różnica jak między sprawiedliwością, a "sprawiedliwością społeczną". Miłość pojęta jako wyłącznie pozytywne myślenie, wyłącznie pozytywne uczucia, wyłącznie pozytywne słowa musi wcześniej czy później doprowadzić do konfliktu z rzeczywistością, która bywa negatywna dość często. A wtedy można albo rzeczywistość przemilczeć, albo zakłamać. I tak, źle rozumiana i źle uskuteczniana miłość prowadzi w prostej linii do życia w kłamstwie i hipokryzji.

Dobre samopoczucie albo prawdziwy obraz rzeczywistości - wybór należy do ciebie! Którą z tych opcji łatwiej pogodzić z chrześcijaństwem? Oceń sam.

poniedziałek, 13 lutego 2006
Moje pierwsze wrażenie z pierwszego dnia w nowej pracy byłoby zdecydowanie ciekawsze i pełniejsze, gdybym nie miał dogorywającego wciąż jeszcze mega-kataru, który zasnuwał całą rzeczywistość mgłą i osiadał na wszystkim lepką, glutowatą warstwą. W przenośni, oczywiście.

Jedyne więc czym się mogę podzielić to zatrważająca ilość dokumentów wymaganych przy umowie o pracę. Ostatnią taką umowę podpisywałem parę lat temu. Okazuje się, że świat posunął się od tego czasu naprzód - albo się cofnął. Ilość papierów wzrosła. Wzrosła też ich absurdalna niedorzeczność, wynikająca z rozrośniętego koszmarnie Kodeksu Pracy - prawnego gniota, dziurawego niczym polska droga 3ciej kategorii. Te dziury trzeba niestety łatać kilogramami głupkowatych dokumentów wysyłanych do utrzymywanych z naszych pieniędzy urzędów. Rozrost biurokracji i państwa socjalnego już dawno przekroczył rozmiary znane z czasów PRLu i zmierza dalej beztrosko w górę.

Niezbyt jestem szczęśliwy, że przypadło mi żyć w takich czasach i takich miejscu. Na to pierwsze nie mam wpływu, ale to drugie mogę zmienić. I zrobię to. Ale jeszcze nie teraz. Bo z drugiej strony im durniej - tym ciekawiej. Bo to jest tak, że z jednej strony pomstuję na obecny stan polskiej rzeczywistości, ale z drugiej boję sie, że w normalniejszym kraju umarłbym z nudów. Taki to już mój dylemat.

Tyle wynurzeń na dziś. A teraz - do pracy!

piątek, 10 lutego 2006
Wczoraj włączam telewizor, a tu gada chomik z lisem.

Najpopularniejszy obecnie polityk w kraju, jego ekscelencja premier RP Kazimierz Marcinkiewicz był wczoraj na rozmowie z Tomaszem Lisem w programie "Co z tą Polską?".

Rzadko oglądam mordy polityków w telewizji, bo mam alergię na nieszczerość, więc nie miałem okazji przyjrzeć się lepiej temu fenomenalnemu premierowi wszechczasów. Wczoraj jednak przyjrzałem mu się dokładnie, posłuchałem co mówił i wnioski mam następujące:

  1. Premier Marcinkiewicz przypomina mi z gęby chomika, z postawy politycznej zaś bliźniaka Kaczyńskiego (wszystko jedno którego, niczym się nie różnią). W związku z tym będę w dalszej części używał określenia "Chomik" lub "Trzeci Bliźniak".
  2. Chomik kojarzy mi się z Gierkiem. Gierek też był swój chłop, też kumał się chętnie z niższymi warstwami społeczeństwa, też go wszyscy lubilii też nie miał bladego pojęcia o rządzeniu. Chomik robi też to samo, co Gierek: bierze na kredyt i rozdaje ludziom. Jak będzie dalej ciągnął tym torem, to nie mam wątpliwości, że po tym jak już zrujnuje do reszty gospodarkę, ludzie będą go bardzo ciepło wspominać, i mieć do niego wiele sympatii.
  3. Do chomika pasuje określenie: "premier-gawędziarz".
  4. Wcześniej myślałem, że rozdawanie z budżetu na prawo i lewo przy jednoczesnym trąbieniu o "tanim państwie" oraz obsadzanie wszystkich możliwych stanowisk swoimi ludźmi przy jednoczesnym ogłoszaniu, że skończyły się czasy kolesiostwa i partyjniactwa to przejaw politycznego cynizmu i wyrachowania. Dziś wierzę, że Chomik naprawdę wierzy w to co mówi. On nie jest cynikiem. On jest, jak sam o sobie powiedział, człowiekiem głęboko wierzącym. Tak. On po prostu nie zawraca sobie głowy faktami. Wierzy w swoje wizje i nie pozwala, żeby rzeczywistość odbierała mu tę wiarę.
  5. Chomik jest jak leming - coś go pcha naprzód, to idzie. Jak już nie może iść dalej - to też idzie. A za nim reszta lemingów - my.
  6. Nie można nie podziwiać tego jak Trzeci Bliźniak potrafi obrócić porażkę w sukces. Mówisz mu: "bezrobocie wzrosło o 1,5% za waszych rządów", a on ci: "no bo w zimie zawsze wzrasta, a rok temu to w ogóle wzrosło więcej niż teraz, więc tak naprawdę to nam wzrosło mniej niż normalnie wzrasta, więc jak się temu przyjrzeć lepiej, to nam zmalało". Wrosło, czyli zmalało. A trzy minuty później chomik mówi, że dzięki ich ciężkiej pracy na jesieni bezrobocie zmaleje o 1,5% (o tym, że zawsze na jesieni maleje, nagle zapomniał). Wzrosło - nie ich wina, zmalało - ich zasługa. Brawo! I za to Naród kocha swojego chomika!
  7. Trzeci Bliźniak powiedział, że rząd i PiS są jak rodzina. Zgadzam się. Jak rodzina Corleone. Tyle, że chomik na Ojca Chrzestnego nie pasuje. Chociaż z drugiej strony, jaki kraj, taki i ojciec chrzestny.
  8. Tomasz Lis mnie rozczarował jak rzadko. Przy tak jaskrawym rozdźwięku pomiędzy tym, co ten rząd obiecywał, a tym co zrobił, o nacjonaliźmie, radiomaryjności nie wspominając, mógł redaktor Lis roznieść chomika w strzępy argumentami i skopać jego dogorywające resztki, by zakończyć efektowym kopem z półobrotu. Tymczasem na paru uszczypnięciach w tyłek się skończyło.
  9. Kiedy premier przeżartego korupcją kraju z 20% bezrobociem, niedorozwiniętą gospodarką i prowadzącym do rychłej katastrofy systemem finansów publicznych opowiada optymistyczne farmazony o tym jak jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, po czym zaczyna gawędzić o tym, co je na śniadanie - włosy mi stają dęba na głowie. Nasuwają mi się następujące podejrzenia:
    1. albo katastrofy nie da się już zatrzymać, więc nie warto się przejmować
    2. albo premier nie ma bladego pojęcia o tym, jak naprawdę wygląda sytuacja w kraju, którym rządzi
    3. albo własna popularność i dobre samopoczucie obywateli interesują go bardziej niż ratowanie państwa
    4. albo też jest on pełnym charyzmy i optymizmu idiotą.
Jak jest naprawdę, oceńcie sami. Podkreślam, że to tylko możliwości. Nie wiem jak jest naprawdę, więc żeby mi tu nikt nie mówił, że obrażam premiera! Nic podobnego. Określenie "chomik" jest pieszczotliwe. "Leming" też.


czwartek, 09 lutego 2006
Polega ona na tym, że blog Masa Krytyczna staje się niniejszym moim blogiem! "A czyim był do tej pory?" - zapytacie. Do tej pory był blogiem publicznym, co widać po ostatnich dwóch wpisach. Pełen luz był - przychodzi kto chce, pisze co chce, jak chce i kiedy chce, wolność, swoboda, anarchia i liberum veto.

Otóż koniec tej cholernej złotej wolności szlacheckiej, psia jucha! Wprowadzam blogowy zamordyzm!

No, w każdym razie zamordyzm w porównaniu z tym, co było. A tak naprawdę to będzie zwykła blogowa norma: ja piszę, ty czytasz, ja się wysilam, ty się śmiejesz, ja się staram, ty to masz w dupie, itd. Taka norma. Z tym, że co dla jednego normą, to dla innego zamordyzmem. Jak w życiu. Jak w Polsce.

Rewolucja stała się dlatego, że moi Szanowni i Godni Wszelkiego Szacunku Sponsorzy i Założyciele (tak, to ci sami, którzy z uporem godnym lepszej sprawy nazywają mnie ciągle "najbardziej zasranym polskim podcasterem", co ma z resztą swoje uzasadnienie), twórcy podcastu "Nie tylko dla orłów" z Irlandii zgodzili się w komentarzu, cobym odogólnił bloga.

No to odogólniłem. I odtąd będzie już pełna jasność: to pisze, kto czyta, a kto komentuje.

Quod erat demonstrandum, amen.

poniedziałek, 06 lutego 2006

Gdy on umiera na katar, czyli chory facet w domu


Każdy mężczyzna jest przewrażliwiony na punkcie swego zdrowia. Wystarczy bowiem, że temperatura podskoczy tylko o jeden stopień, a najbardziej poważny pan domu przeobraża się w uciążliwego pięciolatka.

Podejrzewa u siebie groźną chorobę

 Jacek, mój mąż, godzinami wsłuchuje się w swój organizm. Gdy burczy mu w brzuchu, jest pewny, że to rak jelit, a chrypkę traktuje jako objaw zapalenia płuc. Ostatnio złapało go przeziębienie i zaczęły się korowody od lekarza do lekarza. Żaden nie był wystarczająco dobry. "To konowały, na niczym się nie znają" - stwierdził. Choć wyniki badań ma książkowe, nie wierzy, że wszystko jest w porządku. Godzinami studiuje Encyklopedię Zdrowia, wyszukając sobie chorobę. Jego dolegliwości to w naszym domu temat nr 1. Przestaliśmy uprawiać seks, bo, zdaniem męża, w tym stanie jego zdrowia wysiłek jest niewskazany. Boję się pomyśleć, co będzie, kiedy on naprawdę poważnie zachoruje.

Wierzy tylko w naturalne metody

 Pacjencie, jeśli życie ci miłe, lecz się sam - to dewiza mojego męża. Owszem, gdy mu coś dolega, idzie do lekarza, ale tylko po to, by udowodnić, że medycyna białego człowieka nadal jest w powijakach. Z reguły sam sobie stawia diagnozę i zaczyna swoje cudowne terapie. Garściami pochłania witaminy i paramedykamenty, faszeruje się czosnkiem, nalewką z orzechów i syropem z buraków. Pije hektolitry ziół i robi sobie okłady z kapusty. Rezultat - w naszym domu śmierdzi, a buteleczki z miksturami są wszędzie. Zaliczył już zielarza, homeopatę, bioterapeutę i specjalistę od akupunktury. Kiedy wspomniałam coś o antybiotykach, popatrzył na mnie jak na kosmitę. Już sama nie wiem: śmiać się czy płakać.

Życie naszej rodziny staje na głowie

 To było miesiąc temu. Kiedy wróciłam z pracy, Adam leżał z kompresem na czole i jęczał: "Dlaczego tak długo? Ja tu umieram, a ciebie to nie interesuje". Natychmiast dostałam zlecenie - do apteki po coś na grypę, do kiosku po gazety i do sklepu po piwo (na grzańca). I choć dopadł go zwykły katar, następne dni były koszmarem. Adam sterroryzował całą rodzinę. Wszystko go irytowało: dzieciaki bały się oddychać, a ja musiałam przenieść się do gościnnego pokoju, by on mógł się wyspać. Miałam pełne ręce roboty - byłam niańką, pielęgniarką, chłopcem na posyłki. I cały czas przyrządzałam smakołyki, konieczne, jego zdaniem, do wyzdrowienia. Czy to docenił? Skąd! Wciąż mi wypomina, że nie wzięłam urlopu, by się nim opiekować.

Zgrywa bohatera, ale chce wzbudzić współczucie

 Mój mąż uważa, że prawdziwy facet nie zaprząta sobie głowy swoim zdrowiem. I kiedy ma grypę, gorączkę, jak gdyby nic chodzi do pracy, twierdząc, że dla takiego twardziela jak on to pryszcz. Kicha, kaszle, stęka, wygląda jak ostatnie nieszczęście, ale nie ma mowy, aby położył się do łóżka. I oczywiście nie wybiera się do lekarza, bo - jak twierdzi - samo przyszło, to i samo przejdzie. Cała rodzina prosi, aby się przebadał, wziął jakieś leki, ale gdzie tam. Prawdziwego mężczyzny nie złamie nic. Tym swoim bohaterstwem doprowadza mnie do furii. Czasami się zastanawiam, czy rzeczywiście jest twardzielem, czy raczej chce być w centrum uwagi.

 
1 , 2
Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).