Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

wtorek, 20 listopada 2007
Zdawałoby się, że to będzie zwykły, zimny, szary wtorek, nudny jak życie w Unii Europejskiej, a tu proszę, miła niespodzianka: oto na Placu Wolności w Łodzi pojawił się Desperat! Desperat oblał się czymś łatwopalnym i grozi. Żąda zwolnienia z aresztu siedmiu żołnierzy, których wsadzono za to, że robili dokładnie to, po co ich tam posłali, co jest oczywiście, daleko posuniętym idiotyzmem. Nie mniejszym idiotyzmem jest żądanie przez jakiegoś faceta, żeby ich zwolnić z aresztu. Równie dobrze można by żądać od chmur, żeby przestał z nich padać deszcz. Nie wiem czego Desperat oczekuje: że po prostu otworzą żelazne drzwi i powiedzą: "a dobra, idźcie sobie"?
środa, 14 listopada 2007
Dziś rano w Salonie Politycznym Trójki wystąpił pan Eugeniusz Grzeszczak. Kto to jest? Nie mam bladego pojęcia. Najprawdopodobniej nikim szczególnym, skoro się dostał do parlamentu. Dostają się tam zazwyczaj ci, którzy swoją zadziwiającą przeciętnością potrafią przekonać do siebie największą rzeszę ludzi bezbarwnych i nijakich. Mniejsza o to kim jest, ciekawsze co powiedział. A interesuje mnie to tylko dlatego, że ten człowiek reprezentuje Okupanta, który wmówił nam wszystkim, że jest naszą Ojczyzną. Znaczy: Najwyższych Urzędników Państwa Polskiego. Interesuje mnie czy ten Okupant ma zamiar zabrać mi jeszcze więcej w podatkach, czy też może łaskawie da mi zachować to co zarabiam. Interesuje mnie też to, czy będę dalej musiał prosić rzesze urzędników o łaskawe pozwolenie na to, żebym sobie mógł wybudować za własne pieniądze na własnej ziemi własny dom. Lub czy mają w planach przestać zmuszać ludzi do płacenia podatku na telewizję państwową, zwaną idiotycznie "abonamentem", tak jakby ktoś z nami zawierał jakąś umowę o dostawę usług.
środa, 07 listopada 2007
"Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce" - tak śpiewał kiedyś Tomasz Lipiński. Taki też obraz widziałem dziś rano, kiedy poszedłem do punktu sprzedaży MPK w Krakowie kupić bilet miesięczny. Dalsze słowa piosenki brzmią: "i wciąż było mało i ciągle chciał więcej, i wciąż nie starczało, ciągle było brak". Też pasuje. Kolejka po bilety wychodziła z budynku i wiła się malowniczo wzdłuż ściany niczym bluszcz, głównie z powodu zimna i deszczu.

Jeżeli nie znasz piosenki "Jeszcze będzie przepięknie" nawet się nie przyznawaj: natychmiast poszukaj w internecie i posłuchaj, zanim ktoś się zorientuje i uzna cię (kto wie czy nie słusznie) za półanalfabetę. A jeżeli nie wiesz jak wygląda kolejka po bilety miesięczne, jesteś w dniu dzisiejszym szczęśliwszy niż ja i powinieneś się cieszyć. Ja byłem szczęśliwy z tego dokładnie powodu do dzisiaj, bo jeździłem po mieście skuterem, co ma szereg licznych zalet. Do największych należy rozkoszne omijanie gigantycznych korków, którymi sparaliżowali Kraków ci, którzy zapragnęli żeby nam się żyło lepiej i dlatego zaczęli budować nam drogi, dzięki którym nie będzie korków. Podejrzewam, że na ten samej zasadzie Stany Zjednoczone walczą o pokój w Iraku. Drugą zaletą jeżdżenia skuterem było to, że nie musiałem widzieć na oczy ciemnego tłumu, który kłębi się i wyciąga ręce po bilety miesięczne u przewoźnika, który ciekawym zbiegiem okoliczności, jest jedynym w Krakowie. A pamiętam jeszcze, kiedy prywatyzowano MPK w Krakowie w 1997 roku: państwową firmę podzielono na kilkanaście spółek, które miały między sobą konkurować i walczyć o klienta. Tak mówili. A dziś jest tylko jedna i walczy o klienta sama ze sobą. A w czasie wolnym walczy z klientem, który brudzi, psuje, zajmuje niepotrzebnie czas i w ogóle tylko przeszkadza. Mamy więc dziś zupełnie inną sytuację niż kiedyś. Nastał kapitalizm, do którego dążyliśmy, bo zamiast państwowej socjalistycznej firmy mamy teraz prywatną spółkę (której właścicielem jest państwo), która zaciekle walczy o klienta na wolnym rynku przewoźników. W dodatku jest to spółka pełna altruizmu, bo dba o klienta wyłącznie z dobrego serca. Bo jaki ma inny powód żeby o niego dbać?

Nie kupiłem biletu miesięcznego. Poszedłem 20 kroków dalej i kupiłem bilet w kiosku. Bez kolejki.

Jeżeli w tym miejscu pomyślałeś, że przecież mi się to nie opłaca, to zastanów się czy przypadkiem sam nie jesteś częścią ciemnego, kłębiącego się tłumu. Po czym to poznać? Na przykład po tym, że ktoś stoi przez godzinę w kolejce, bo 2,50zł ma dla niego większą wartość niż uniknięcie upokarzającego stania w kolejce. Tak, uważam, że stanie w godzinnej kolejce na deszczu po coś, za co w dodatku płacisz, jest czymś upokarzającym. O stracie czasu, zdrowia, i zepsutym humorze nawet nie wspominam.

"Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie" - śpiewał Tilt. Nie, nie będzie, nie będzie nigdy, nie tutaj i nie z tymi ludźmi. Nie, dopóki przeciętny Polak widząc godzinną kolejkę po bilety miesięczne nie stanie zdziwiony, następnie parsknie śmiechem i powiedziawszy "pie***lę" kupi normalny bilet bez kolejki, bo jego godność jest warta więcej niż oszczędność stu złotych na miesiąc. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla większości czytających jest to postawa dziwaczna i niezrozumiała - co tylko dowodzi, że mam rację. I pokazuje ile dla kogo jest warta jego osobista godność i za jak niską cenę gotów jest ją sprzedać.

Ktoś by mógł powiedzieć, że to samo robi prostytutka: sprzedaje się w zamian za swoją godność. Ale to nie tu jest istota problemu, bo przecież egzystencja w realnym świecie rzadko daje możliwość robienia dokładnie tego, co się chce. Jesteśmy zmuszeni do sprzedawania się za pieniądze, zrzekania się jakiejś części naszej godności, poglądów, marzeń czy choćby gustu. Tylko w teorii, w bajkach i na salach wykładowych uniwersytetów człowiek ma zawsze jakiś wybór. W rzeczywistości wybór jest mocno ograniczony. Świadome życie to sztuka wyboru w warunkach ograniczonych zasobów. Bo ważne jest nie to, co człowiek by kupił, gdyby miał milion dolarów. Ważne co kupi, kiedy ma dwadzieścia złotych.

Sprawa jest o wiele bardziej prozaiczna: ten naród to nie ludzie, to bydło. To bardzo dosadne określenie, ale zbyt dobrze pasuje, żeby go nie użyć. Ludzie mogą uważać się za perły człowieczeństwa, ale jeżeli ktoś myśli jak bydło, zachowuje się jak bydło i ma dążenia i ideały bydła, to ja mówię, że to jest bydło. I nie wyobrażam sobie, że może jeszcze wokół mnie być przepięknie i może jeszcze być normalnie, kiedy ze wszystkich stron otacza mnie bydło. Patrzę na Polskę i widzę oborę.

Najbardziej mierzi mnie to, że ta trzoda hodowlana żyje tak jak żyje z własnej, nieprzymuszonej woli. Spotyka ich to co ich spotyka, na ich własne życzenie. Ludzie stoją w kolejce i narzekają, że zimno i kolejka długa, zamiast iść tam, gdzie jej nie ma. Płacą koszmarnie wysokie podatki, i narzekają, że rząd im je zabiera, a sami go przecież wybrali. I ja sam boję się (jak Agent Smith w Matrix'ie), że też tym przesiąkam, bo psioczę na to wszystko, zamiast zabrać się stąd, wyjechać i więcej nie wracać. Ale jeszcze zdążę to zrobić. Przynajmniej dla mnie jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.

Kiedyś w podstawówce na lekcji polskiego czytaliśmy wiersz "Mieszkańcy" Tuwima. Nie cytuję, bo każdy kto ma więcej inteligencji niż Zając Poziomka łatwo znajdzie. Pamiętam, jak nauczycielka twierdziła, że Tuwim w tym wierszu zachwyca się przedstawionym światem mieszczan. Tak się oburzyłem tą sugestią, że zacząłem głośno protestować:
- Jak to się zachwyca? Przecież obraża ich w każdym zdaniu! Z całego wiersza bije obrzydzenie. Nie mówi się "i zasypają z mordą na piersi" o kimś, kim się zachwyca!
Pani nie znalazła na to żadnego argumentu, ale racji mi nie przyznała. No po prostu zachwyca się i już. Bo program tak mówi.

Ale dziś rozumiem trochę więcej i myślę, że pani (lub raczej program edukacyjny, którego musiała się trzymać, biedaczka) reprezentowała spojrzenie prawdziwego Polaka. Bo prawdziwy Polak lubi rzeczy złe, głupie, obrzydliwe i upokarzające. Może wtedy ponarzekać i pobluzgać. Nie cierpi kolejek, ale jednak w nich stoi - i zachwyca się nimi w jakiś perwersyjny, turpistyczny sposób. Prawdziwa Polka przychodzi do domu i mówi: "jak tu brudno w tym domu", a kiedy zaoferujesz, że posprzątasz, szybko mówi: "nie nie, nie trzeba" albo "zostaw, to i tak nie pomoże". Powie, że chciałaby wyjść raz z domu, a nie zajmować się garami, ale kup jej bilet do kina - nie pójdzie. Prawdziwy Polak przychodzi do domu i zaczyna narzekać, że za mało zarabia, ma głupich współpracowników i najgłupszego na świecie szefa. Ale jak mu zasugerujesz, żeby zmienił pracę, skoro jest tak fatalna, mówi: "co, po 20 latach?" - nie zmieni. Po prostu prawdziwy Polak potrzebuje żyć w warunkach obory, w której jest brzydko, staro, śmierdzi i nic nie działa. Wtedy czuje się u siebie.

Co do biletu miesięcznego, kupię jutro. Jak nie będzie kolejki. A jak będzie, kupię bilet zwykły i przyjde pojutrze. Albo zatrudnię kogoś, komu dam 5 złotych za stanie przez godzinę w kolejce (nie byłby to z resztą pierwszy raz). Moja alergiczna niechęć do robienia rzeczy, które mnie upokarzają jest kosztowna, ale pomyślcie co za to mam i co myślę o sobie, kiedy patrzę w lustro! Chociaż podejrzewam, że niewielu z was zrozumie o czym mówię.

A może się mylę? Może faktycznie warto stać w kolejkach, wypełniać formularze, pisać podania, iść do wojska z poboru i robić inne upodlające rzeczy? Bo przecież godzina szybko minie, a te pare złotych zawsze się przyda. Może to po prostu kwestia wyboru nie podlegająca ocenie, jak wybór koloru swetra. A może to po prostu klasyczny wybór pomiędzy "mieć" a "być", gdzie każdy wie jak powinien wybrać, ale w praktyce każdy wybiera inaczej.

Pamiętajcie, że nigdy nie jest za późno, żeby zrobić krok w bok i wyjść z tłumu. W tłumie jest cieplej i łatwiej się idzie, ale za to duszno i nic nie widać. Mądrych wyborów praktycznych życzę każdemu, zwłaszcza w tych żałosnych czasach.

Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).