Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

czwartek, 30 marca 2006
A ja jadę jutro na rekolekcje!

Nie, nie jestem miłośnikiem Rodziny Radia Maryja, nie należę do oazy, a religii ogólnie nie lubię. Nie chodzę też do gimnazjum, względnie liceum. Ba, nawet nie jestem katolikiem! A jednak na rekolekcje jadę. I do tego będę w nich aktywnie uczestniczył za pomocą pary rąk, i pary strun: gitarowych i głosowych.

Wiedzieliście, że protestanci też mają rekolekcje? Dowiedziałem się o tym całkiem niedawno, chociaż formalnie jestem protestantem od kilkunastu lat. Ba, mają nawet lekcje religii! Na mocy Bóg wie jakich ustaw, kościoły protestanckie mają te same prawa w państwie, co kościół katolicki: a więc na przykład mogą organizować lekcje w szkołach albo wyjazdy rekolekcyjne. Konkurencja taka.

Pamiętam rekolekcje z mojego dzieciństwa. Polegały na tym, że było parę dni wolnego od szkoły (plus!) okupione koniecznością chodzenia do kościoła (minus). W kościele panowała nuda gorsza niż na sześciogodzinnym posiedzeniu rady nadzorczej w Motoroli, co było fatalnym posunięciem marketingowym ze strony ubranych w gustowną czerń pracowników Pana Boga. Gdyby to byli moi pracownicy, dałbym im wszystkim kupa w d*** i wywalił z roboty na zbity pysk za psucie dobrej marki. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że Kościół to wcale nie jest filia Pana Boga, a ci ubrani na czarno to wcale nie są jego pracownicy. Z lektury Biblii wynika dość jasno, że firma pod tytułem "Bóg" w ogóle nie ma filii na Ziemi. Tak więc świętą rację miał ten, kto powiedział, że kto czyta nie błądzi.

Podejrzewam, że wielu z was ma podobne do mnie przeżycia, tym trudniej wam sobie pewnie wyobrazić, że bardzo się cieszę, że jutro jadę na rekolekcje. Bo tym razem nie będzie kościoła, nie będzie mszy, nie będzie kazań głoszych z ambon - a będą dzieci, będą piosenki, będzie zabawa, będzie rozmawianie o Bogu poznanym z osobistych doświadczeń, a nie ze studiów teologicznych. Nie będzie kapłanów - po prostu ci starsi będą uczyć tych młodszych. A fundamentem będzie Biblia, a nie ksiądz. Tam będzie nie Bóg kościelny, ale Bóg życiowy.

Czasem mam wrażenie, że jest dwóch Bogów: jeden niedzielny, kościelny, uroczysty, a drugi zwyczajny, codzienny, zaangażowany w nasze brudy. Jeden kapłański, drugi świecki. O religijnym mówi Kościół - o świeckim mówi Biblia.

I przez najbliższe 3 dni na rekolekcjach w Czchowie będzie o tym Bogu świeckim, tym z Biblii, tym prawdziwym, co przewija się ciągle przez nasze życie, chociaż nie zawsze to zauważamy. Znajomość z nim... ale o tym napiszę innym razem.

Good bye Kraków, hello Czchów!

By the way - wszyscy, którym słowo Czchów coś szczególnego mówi, proszeni są o zostawienie komentarzyka!  :-)

środa, 29 marca 2006
Kiedy przeglądam czasem swoje stare teksty i publikacje, odczuwam najczęściej coś w rodzaju zażenowania ("Ja? Ja tą tandetę spłodziłem? Ja te bzdury napisałem?"). Jest to ze wszech miar zdrowy objaw i pożądania godny, gdyż prowadzi do samodoskonalenia. To znaczy, nie zawsze, czasem prowadzić może do apatii, depresji, agresywnych zachować i myśli samobójczych, ale to już kwestia odpowiednich fundamentów życiowych. Trick polega na tym, żeby nie czerpać poczucia własnej wartości z pisania, ale z zupełnie innych rzeczy, najlepiej takich, które trudno obrócić w pył, proch i perzynę.

Czasem zdarzy się, że przeczytam coś, co sam napisałem i autentycznie mi się to spodoba. Takie szczęśliwe zdarzenie spotkało mnie parę dni temu, kiedy przeczytałem fragment relacji z mojej podróży do Odessy, gdzie pojechałem na chrześcijański obóz języka angielskiego:

"Po kilku dniach spędzonych na obozie mogę już z całą pewnością stwierdzić, że życie w warunkach, gdzie kibel jest śmierdzącą dziurą, a prysznic trzema (i pół) ścianami stojącymi na wolnym powietrzu na środku obozu, jest możliwe. Co więcej, jest całkiem ciekawe i sprzyja niwelowaniu dystansu w kontaktach międzyludzkich. A czasem nawet międzypłciowych. To ostatnie działa zdrowotnie zwłaszcza na Amerykanów. Przez kilka lat, podczas których miałem okazję poznać kilkudziesięciu amerykańskich protestantów, zauważyłem, że wielu z nich ma jakieś dziwaczne, nienaturalne podejście do spraw męsko-damskich. Musi to mieć jakiś związek z nauczaniem w kościołach, bo dokładnie takie same dziwactwa prezentują nierzadko polscy protestanci - zwłaszcza ci wychowani w kościołach od dziecka. Znam na przykład jednego posuniętego w latach pastora, który ma taką zasadę, że nie może przebywać sam z kobietą w jednym pomieszczeniu. Ani też w samochodzie. W związku z czym, nie podwozi na przykład pewnej staruszki, która ma w sobie tyle sex apealu, ile nadgniłe jabłko, które spadło z pruchniejącego drzewa na świeży nawóz. Jak dla mnie tego typu zachowania/poglądy mogą (acz nie muszą) świadczyć o lekkiej paranoi na punkcie seksu, ale cóż, quot capita, tot sensus, i każdy sobie może wymyślać takie chore idiotyzmy, jakie mu się żywnie podoba. Byle ich nie narzucał innym, amen."

Szczególnie spodobał mi się, nie wiem dlaczego, opis owej staruszki. Nie pamiętam jej już dokładnie. W sumie to chyba nie żałuję. Niektórych rzeczy nie należy przywoływać z otchłani niepamięci (np. staruszki), ale niektóre po latach zyskują smak (np. relacja z podróży do Odessy). Jeżeli macie jakieś swoje stare teksty, nagrania czy zdjęcia - pogrzebcie w archiwach i przypomnijcie je sobie. Kto wie, może po latach nabrały wartości?

Jeżeli ktoś chciałby przeczytać całośc relacji podróży znajdzie ją tu http://www.teoria.pl/martin/odesseia.

poniedziałek, 27 marca 2006
Wczoraj miałem wątpliwą przyjemnosć wracać do domu późnym wieczorem. Droga prowadziła przez osiedle, zawdzięczające swoje istnienie pierwszemu sekretarzowi Gierkowi (czy innemu Gomułce, nie wiem dokładnie). Jeżeli mieszkacie w większym polskim mieście to znacie dobrze te osiedla, zbudowane topornie jak Związek Radziecki, ze sterczącymi w niebo szkaradnymi blokami, które miały być przytulnym zaciszem dla ludu pracującego socjalistycznej ojczyzny, a stały się inkubatorami wszelkiego rodzaju patalogii społecznych. Wyobrażam sobie, że kiedy spadnie deszcz to takie osiedle musi wyglądać z lotu ptaka jak kawał gnojówki, na powierzchni której ktoś poukładał szare cegłówki. Te osiedla są jak pomnik poprzedniej epoki, który zdaje się mówić: oto, jak się kończą wzniosłe idee, szlachetne ideologie, porywające serca i umysły. Pamiętaj, synu - przemawia do mnie osiedle - o tych czasach, kiedy ci tam na górze snuli górnolotne marzenia o równości klasowej, o sprawiedliwości społecznej, a tu u nas na dole rosła szarość, toporność, brzydota i wszechogarniający syf. Patrzcie na nas - mówią osiedlowe bloki - patrzcie, i nie zapominajcie.

Nieszczęście polega na tym, że ci na górze, którzy mają na cokolwiek wpływ, nie usłyszą tego głosu, bo nie mieszkają zwykle na takich osiedlach tylko w willach gdzieś w ładnej okolicy. I, podobnie z resztą jak i ci na dole, szychy tego świata myślą raczej o sobie, o swoich rodzinach (jeżeli się jaki przyzwoitszy trafi), może czasem o swoich przyjaciołach i sąsiadach, ale na tym koniec. Bo dobro publiczne to teoretyczna abstrakcja, a dobro własne - to solidna rzeczywistość.

Kiedy więc wracałem wieczorem przez wyżej opisane osiedle zauważyłem grupki policjantów o odstraszającym wyglądzie. Nie, żebym się zmartwił, wręcz przeciwnie: a niech se łażą, całymi tabunami niech się snują, im więcej tym lepiej. Zdziwiłem się tylko, bo widok nowoczesnego policjanta na post-PRLowskim osiedlu to nieczęsty widok. Jakoż i objawiła się szybko przyczyna pielgrzymki niebieskiego luda - charakterystyczne grupki młodzieży osiedlowej, wyklutej kilkanaśnie lat wcześniej z mieszkań gdzieś w czeluściach bloków. Dla uproszczenia będę ich zwał w dalszej części blokersami.

Zwiększone natężenie blokersów na osiedlu nie wróży zwykle nic dobrego, ale ponieważ nie miałem przy sobie ani mojego pistoletu na śrut (często jedyny argument w dyskusji z blokersem) ani też gazu paraliżująco-łzawiącego (argument pomocniczy) postanowiłem udać się szybciutko do sklepu po piwo Dog in the Fog i czym prędzej zniknąć z ulic.

Sklep typu Żabka napchany był blokersami. Rozmawiali ze sobą w kolejce do kasy o swoim blokerskim życiu, o policji, o ziomalach, o tym kto kogo i za co i o tym co się stanie, jak psy za chwilę wpadną na kwadrat ziomalowi i jego matka się w końcu dowie to, co wszyscy oprócz niej o jej synku wiedzą. Szczególnie utkwił mi w głowie błyskotliwy, sarkastyczny komentarz jednego kolesia odnoszący się do obecności policji na osiedlu: "Kraków - europejskie miasto kultury".

Uważam, że to bardzo śmieszne.

I tym właśnie przeżyciem chciałem się z wami podzielić, życząc sobie i wam dalszego dynamicznego wzrostu Projektu Krajowego Brutto oraz częstych raportów premiera Marcinkiewicza o napawającej optymizmem sytuacji w kraju.

sobota, 18 marca 2006
Trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy ludzi opisywało już szmatławość tasiemcowych seriali typu "M jak miłość", "Na dobre i na złe", "Na Wspólnej" itd. Dołączam się do nich niniejszym jako osoba trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy pierwsza, i powiadam, że moim skromnym zdaniem trudno o większą tandetę intelektualną niż wyżej wymienione filowe śmieci. Nic odkrywczego, fakt. Ale jak ujęte!

Zjawisko tasiemców ujmuje mnie licznymi niezwykłymi fenomenami. Jeden z nich na przykład polega na tym, że tasiemcom brak wszystkich cech, za które ceni się normalne filmy. Scenariusz - mało sensacyjny, zwroty akcji  - przewidywalne do bólu, język - sztuczny jak jedzenie w McDonaldzie, poczucie humoru - śladowe (zapewne przeoczenie reżysera), a wszystko tak koszmarnie szablonowe jak, nie przymierzając, przemówienia pierwszego sekretarza KC PZPR. I fascynujące jest to, że w przypadku tasiemców wszystkie te wady stają się w przedziwny sposób zaletami.

Inny niezwykły paradoks polega na tym, że fabuła, która ma przedstawiać codzienne życie przeciętnych ludzi, jest kompletnie nierealistyczna. Ograniczę się tutaj tylko do jednej kwestii: języka. Otóż, jeżeli ktoś jeszcze nie zauważył, w polskiej codziennej rzeczywistości się klnie. I to na wszystkich szczeblach drabiny społecznej, z góry na dół. Od blokersa po prezydenta, od śmieciarza po lekarza - wszyscy klną. Należy to, widać, do dobrego smaku. Ten kto nie klnie jest podejrzany, podobnie jak ten, kto nie pije.

A w serialach? Przepiękna polszczyzna! Bohaterowie rozmawiają jakby wszyscy byli magistrami polonistyki! Zdania semantycznie poprawne, szyk bez zarzutu, nie brak orzeczenia ni przydawki... A kiedy ktoś kogoś chce obrazić to nie mówi "ty ch***u!" - powie "ty łotrze". Wykrzyknie: "jest pan szubrawcem!", nigdy zaś: "ty sk***nu p***ny!". Albowiem tasiemiec nie ma odzwierciedlać prawdziwej rzeczywistości - ma stwarzać zastępczą. Odwołuje się nie do tego, co jest naprawdę, ale do tego, co chcemy widzieć. Cóż, kolejny oczywisty fakt.

Kwintesencją tasiemca jest przeciętność. Średniość. Nijakość. Zwyczajność. Banał. Oto filmowy pomnik naszej cywilizacji: życie zastępcze dla milionów obywateli, których własne życie stało się tak bezpieczne, stabilne i monotonne, że straciło smak, zapach i kolor. To tak jakby ktoś spróbował prawdziwego życia, przeżuł, przetrawił, wyrzygał, na koniec doprawił to wszystko przyprawami, posypał glutaminianem sodu i podał w ładnym opakowaniu. Interes życia - miliony klientów kupuje towar codziennie i czeka niecierpliwie na nowe dostawy.

Ale to, co mnie naprawdę irytuje w tych niemiłosiernych Emjakmiłościach to to, że działają na mnie jak narkotyk. I za cholerę nie wiem dlaczego. Dlaczego na mnie? Jak raz przypadkowo natrafię gdzieś na odcinek nr tysiąc dwieście siedemdziesiąt dwa jakiegoś cholerstwa to nie tylko, że coś mnie zmusza, żeby doczekać do końca, ale jeszcze chce mi się poczekać na odcinek nr tysiąc dwieście siedemdziesiąt trzy. Nie pomaga przekonywanie samego siebie o szkodliwości mentalnej oglądania takich trocin, o stracie bezcennego czasu na coś, co nawet rozrywką nie jest, nie pomaga nawet, że ta część mojej osobowości, którą najbardziej cenię, wymiotuje z obrzydzenia i błaga o zmiłowanie, bo ta inna część, ta, której niezdrowa ciekawość każe wchłaniać owe arcydzieła miernoty, okazuje się silniejsza.

Ach, jakże marną istotą jest człowiek, że tak trudno mu wyłączyć telewizor!

wtorek, 14 marca 2006
Pośród wielu upierdliwości życia poczesne miejsce zajmują staruszkowie.

Nie mam tu na myśli osobistych babć i dziadków - ich istnienie uważam za rewelacyjny pomysł, zwłaszcza kiedy się jest dzieckiem (później to już różnie bywa). Mam na myśli stare baby i pierników, którzy lezą samym środkiem chodnika kiwając się dodatkowo na boki, żeby nikt ich nie mógł wyminąć. Chodzi mi o średnio-rozgarniętą babcię, która przy kasie w sklepie spędza trzy bite minuty, z czego większą część zajmuje jej przeraźliwie powolne wsadzanie pieniędzy do portfela i produktów do reklamówek. Podczas tych pieczołowicie celebrowanych czynności babcia nie ruszy się na krok sprzed kasy, coby następny klient mógł zająć jej miejsce. A może właśnie dlatego. Może tak głęboko zakorzeniło jej się w głowie hasło "po odejściu od kasy reklamacji nie względnia się"? A może po prostu dlatego, że fakt istnienia innych ludzi nie jest dla niej zbyt istotny. Brak zrozumienia koncepcji pod tytułem "inni ludzie" jest u sierot po PRLu zadziwiająca.

Miałem okazję obserwować starsze pokolenie na Ukrainie i w Anglii. O ile na Ukrainie jest podobnie (aczkolwiek różnic też jest sporo), to w Anglii jest to zupełnie inny świat.

Tam nie ma mowy o zawalających drogę, obrażonych na życie przeżytków epoki. Tam stary człowiek różni się od młodego tylko wiekiem - nie, jak u nas, mentalnością. Babcie i dziadkowie jeżdżą samochodami, odbierają e-maile, wyszukują strony w internecie, rozmawiają przez komórki. Nie chodzą w chustkach podkreślających PGR-owskie robotniczo-chłopskie korzenie, tylko zwykłe, normalne czapki. A przede wszystkim rozumieją dobrze koncepcję "inni ludzie".

Tak więc w Anglii ludzie - nie tylko starzy - nie lezą środkiem chodnika, ale bokiem (żeby ktoś mógł ich wyprzedzić). Po zapłaceniu w sklepie usuwają się na bok, żeby następny klient mógł zapłacić. Jadąc schodami ruchomymi stoją po prawej stronie, żeby ktoś, komu się spieszy, mógł szybciej przejść lewą stroną. A na przystanku autobusowym ustawiają się w kolejce i wchodzą po kolei, bez wpychania się na siłę.

Pokażcie mi jedno polskie miasto, gdzie ludzie na przystanku ustawiają się spontanicznie w kolejce!

Dawniej, kiedy jeszcze kołatały we mnie resztki naiwnego optymizmu, spodziewałem się, że mentalność Polaków zmieni się wraz z nadejściem nowego, niespaczonego przez PRL, pokolenia. Gdzie tam! Nowe pokolenie odziedziczyło wszystkie buraczane cechy motłochowego, zdziczałego społeczeństwa i jeszcze dodało parę dodatkowych. Teraz nie tylko wszyscy pchają się na przystankach, ile wlezie, ale jeszcze klną towarzysko, ile siły w płucach, i palą dmuchając dymem wszystkim w nos. Koncepcja "inni ludzie" oddala się od nas coraz bardziej.

A chyba właśnie tego - powszechnego liczenia się z istnieniem innych ludzi - brakuje mi bodaj najbardziej po powrocie z Anglii.

poniedziałek, 06 marca 2006
Ludzie są jak owce.

To nic obraźliwego, prawda? Ludzie sami siebie porównują do owiec. Bo to takie miłe. Puszyste. Wełniste. Słodkie takie.

No owszem, są miłe, ciepłe, przytulne i tak dalej, ale owce wyróżnia zupełnie inna cecha, którą posiadają w natężeniu niespotykanym u wszystkich innych zwierząt: są nieprawdpodobnie, obezwładniająco, powalająco głupie.

Nie chce mi się szukać przykładów totalnej głupoty owiec, jak ktoś chce to niech poszuka. Ja chciałem tylko stwierdzić, że to prawda: faktycznie ludzie są jak owce.

Nic odkrywczego, prawda? Zdaje się, że niejaki Jeszua z Nazaretu powiedział to samo już 2000 lat temu. A przypomniało mi się to teraz w kontekście ptasiej grypy.

Ptasia grypa to, jak wiadomo, choroba, która w ogóle nie zagraża życiu ludzi, pod warunkiem, że nie nurzają się w gnoju i nie trzymają w domu stada kur. Tymczasem społeczeństwo wpada w taką panikę jakby ptasia grypa dotyczyła tego ptaka, którego każdy mężczyzna jest szczęśliwym posiadaczem. Tak, w tym przypadku niepokój społeczny byłby uzasadniony. Ja bym się bał, gdyby taka groźba zawisła nad moim ptakiem. Nikt by nie chciał, żeby ptak mu padł.

Zastanawiam się skąd się biorą te paniczne, paranoiczne reakcje, to rozdmuchiwanie średniej wielkości spraw do rozmiarów apokaliptycznego kataklizmu. Nie chodzi przecież o to, żeby nie reagować - chodzi o to, żeby reagować adekwatnie do wagi zdarzenia.

Kiedy ginie 70 osób w zawalonym budynku, wydzielamy z budżetu państwa 3 miliony złotych, zbieramy w organizacjach charytatywnych 5 milionów, ogłaszamy żałobę narodową i przez tydzień we wszystkich stacjach telewizyjnych o niczym innym się nie mówi. Jeżeli to jest reakcja adekwatna do zdarzenia, to dla porównania:
  • 2700 osób ginnie w wypadkach drogowych rocznie w Polsce.
  • 200 osób zamarzło w Polsce tej zimy.
  • 14 nastolatków dziennie popełnia samobójstwo w USA.
  • 100000 osób ginie rocznie w wypadkach drogowych w Chinach.
  • 75 osób rocznie ginie w USA od piorunów.

Gdyby według tego samego przelicznika obwołać żałobę narodową w rocznicę zakończenia II wojny światowej, trwałaby ona 704 lata. Należałoby też - równie adekwatnie do wagi zdarzenia - uczcić żałobą narodową Ofiary Wypadków Drogowych (4 miesiące żałoby narodowej), Ofiary Samobójstw, Ofiary Zimy, Ofiary Pioruna oraz - minutą ciszy - Ofiary Zaksztuszenia Sokiem Malinowym. Proszę się nie śmiać - jeżeli dla narodu znaczenie ma śmierć przypadkowych osób na skutek zawalenia się dachu na targach gołębi to nie widzę powodu, żeby odmówić prawa do żałoby, zbiórki pieniędzy i 3 milionów przyznanych przez premiera ofiarom zaksztuszenia sokiem malinowym.

To wcale nie jest śmieszne. W grę wchodzi śmierć, a ja się tu nabijam. A jakby mnie coś takiego spotkało?

Otóż mnie coś takiego na pewno spotka! I ciebie też. Pana, panią, nawet samego Pana Premiera. Dach, ptasia grypa, rozerwanie granatem czy zawał serca - wszyscy umrzemy. Zapomnieliście??? Zawaleni dachem zginęli, zarażeni prasią grypą zginęli, a my co - będziemy żyć wiecznie? Jeżeli nawet, to na pewno nie na tej ziemi. Wszyscy równo, sprawiedliwie, socjalistycznie odwalimy kitę.

Weźcie więc to sobie w końcu do serca i przestańcie panikować i siać paranoję z powodu byle ptasiej grypy.

Wy owce jedne!

środa, 01 marca 2006
Postanowiłem dzisiaj znaleźć jakąś internetową stację chrześcijańską, żeby sobie czegoś słuchać podczas pracy. Internetową dlatego, że nie mam radia, a mam stałe łącze. A chrześcijańską z racji moich zainteresowań.

Szukam, szukam i szlag mnie trafia (być może nie powinienem używać wyrażenia "szlag mnie trafia" w kontekście chrześcijaństwa, ale naprawdę nie potrafię znaleźć w tej sytuacji lepszego określenia).

Znalazłem pierwszą stację - po 10 sekundach poczułem taką senność, że musiałem czym prędzej wyłączyć. Druga była jeszcze gorsza - rzewne toto, słodkie, super-hiper-uczuciowe - nie dam rady, sorry. Albo usnę, albo wpadnę w depresję i popełnię samobójstwo. Potem znalazłem czyjeś piosenki i utwory istrumentalne luzem. Puszczam - znowu to samo. Rzewne, tkliwe, posypane cukrem, polane lukrem, płaczliwo-łzawo-przeżywające do głębi duszy. Mam dość.

Czy naprawdę nie da się inaczej? Czy Bóg jest tylko dla nadwrażliwych uczuciowo introwertyków, wzruszonych Bogiem do głębi, z całą duszą wywaloną na wierzch?

Owszem, da się inaczej. Jest jeszcze podejście do Boga typu "Radio Maryja" ("Bóg to zbiór zakazów i nakazów z silnym naciskiem na nakaz chodzenia do kościoła"), jest też podejście typu "Namaszczony Zwycięski Kościół Jezusa" ("Bóg służy do tego, żebyśmy byli zdrowi, bogaci i mieli się czym ekscytować"), jest "Ostry Kościół Punkowych Chrześcijan" ("Jezus cię kocha, k***a mać!") i w końcu jest podejście typu "Kościół Młodzieżowy Zioma J.C." ("Ten koleś Dżej Si był przecoooolastym zioooomalem"). Są jeszcze inni. Ale nurt przewrażliwienia uczuciowego i tkliwości jest dominujący. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach kwestia Boga jest dla przeciętnego obywatela Polski kompletnie niejadalna.

Kochani chrześcijanie, szczerze mnie cieszy wasze oddanie Bogu, ale weźcie pod uwagę, że nie każdy chce, lubi i potrafi wywalać swoją duszę na wierzch. Na pewno każdy się zgodzi, że chwaląc Boga, należy go chwalić, a nie dokarmiać i tuczyć własną przerośniętą uczuciowość. Bo ten, którego chwalicie, lubi się śmiać przynajmniej tak często jak płakać. Nie sądzę, żeby ten, który stworzył małpy, osły i lemingi, który skonstruował organizm człowieka tak, że ów beka i puszcza, za przeproszeniem, bąki, oczekiwał aż takiej wzniosłości od człowieka, który jest prochem, mówiąc poetycko, a bardziej dosadnie: kupą mięsa, kości i wysoce nieestetycznych, mało duchowych procesów fizjologicznych.

Jezus był Żydem, nie Amerykaninem. Jaka to różnica? Żydzi chwaląc Boga, cieszą się. Amerykanie płaczą. Ze wzruszenia, oczywiście. Ja tam jestem za tym, żeby śmiech i radość w życiu z Bogiem były normą, a medytacja, kontemplacja i emocjonalne wzruszenia dodatkiem. Nie odwrotnie.

Chrześcijaństwo to nie ciągłe przeżywanie obecności Boga, to nie rozrzewnianie sie w duchu nad jego miłością - to czyny i słowa, którymi zmieniamy życie innych. Ten kocha Jezusa, kto postępuje tak jak on, nie ten, kto się wzrusza jego postępowaniem. Człowiek, którego chrześcijańskie życie składa się z rozrzewniania się nad miłością Jezusa - to egoista, a nie jego naśladowca. Bądź więc oddany Bogu, ale nie jako przyczepiona do niego emocjonalna pijawka.

No a póki co, dalej nie mam czego słuchać. Eh, chyba sam wezmę gitarę i sobie coś pogram. I pośpiewam ewentualnie. I pośmiejemy się razem z Bogiem.

Czego sobie i wam życzy,

Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).