Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

czwartek, 27 kwietnia 2006
Duża dywersyfikacja środków przekazu mojej twórczości staje się dla mnie coraz bardziej kłopotliwa.

Eee... czy ktoś to zrozumiał? Dla normalnych ludzi jeszcze raz: robię za dużo rzeczy na raz i nie mam już, kurde, na to wszystko czasu.

Aktualnie jest noc, gdzieś koło drugiej. Postanowiłem w ramach eksperymentu napisać coś nocnego, istnieje bowiem powszechny mit, że prawdziwi twórcy pisują po nocach. Nie wiem czy to prawda, ale nocne pisanie na pewno brzmi dużo lepiej pod względem markietingowym niż pisanie dzienne. W dzień to się wypisuje faktury - poważne płody myśli człowieczej powstawać winny w porze nocnej.

Ok, więc spróbowałem. Potem spróbowałem drugi raz. I na tym się skończyło.

Nie wiem ilu pisarzy naprawdę tworzy po nocach, ale ze mną to nie działa. Owszem, wiem, że to jedynie słuszny sposób pisania, ale mnie się po prostu w nocy chce spać! W dzień z kolei zbyt dużo się dzieje dookoła, żeby się skupić, tak więc w dzień się nie da, w nocy jeszcze gorzej - i taki mój los.

Tworzę obecnie na czterech głównych płaszczyznach: blog, podcast, program i powieść. I za chwilę dojdzie piąte. A zawsze mówiłem, że nie lubię robić dwóch rzeczy na raz...

Abstrahując od tego... moment, czy ja nie używam zbyt trudnych słów dzisiaj? To zacznę jeszcze raz, prościej: Aaa, walić to wszystko. O kant dupy rozbić, i tak gówno z tego będzie.

No, proszę, i tak się właśnie kończy pisanie w nocy - zszedłem na psy. Ani nic wymyślić nie można, ani zdań sensownych ułożyć, ani nic śmiesznego, zarazem błyskotliwego wykoncypować. Ani nawet znaleźć harmonijnego kompromisu pomiędzy piękną, intelektualną formą języka, a jego uliczną, prostacką wersją.

W tej ostatniej kwestii: czy mnie czyta lud czy elita? Bo nie wiem jak się nastawić. Osobiście daleko mi i do jednego i drugiego. Do pierwszego, ze względu na ubóstwo intelektualne i brak szacunku do siebie i innych, do drugiego ze względu na zamknięty, sekciarski charakter i kompletny brak dystansu do siebie i świata. I co tu zrobić, skoro do niczego nie pasuję? Hm. Wot zagwozdka. A co gorsze, kwestia ta nasuwa dalsze pytanie: kim ja, do cholery, jestem?

I tak eksperyment pisania po nocy doprowadził mnie w końcu do pytania natury egzystencjalnej. To niedobrze, gdyż pytania natury egzystencjalnej są bardzo mądre, bardzo ważne, i nikogo zupełnie nie interesują. Czyli doszedłem do tego, co już wiedziałem: pisanie w nocy w moim przypadku nie ma najmniejszego sensu... Eh, chyba jednak pójdę spać.

Pozdrawiam na koniec chmurnie i ponuro, życząc wam wszystkim pracowitych dni i absolutnej bezczynności w nocy - nigdy odwrotnie.

poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Laureat pokojowej nagrody Nobla, były prezydent Polski, drugi najbardziej znany w świecie Polak, Lech Wałęsa dostał w końcu szajby.

Nie wiem dokładnie, co mu jest, podejrzewam, że jest to rodzaj paranoi albo manii prześladowczej. Na podobną dolegliwość chorują Kaczyńscy - ciągle im się wydaje, że jacyś źli ludzie na nich czychają, spiskują przeciwko nim i tak dalej. Nie ma co opisywać, to znana choroba w wyższych kręgach. O, Stalin na przykład miał taką.

Szkoda faceta (Wałęsy, nie Stalina), bo zrobił trochę dobrego. Niestety potem został prezydentem i to był błąd. Odtąd szybko zaczęła kiełkować w nim szajba, a dziś rozrosła się niczym baobab i biedny wąsaty dziadek Lech nie rozróżnia już, co jest rzeczywistością, a co jego wyobraźnią. Żyje w swoim własnym świecie. Polityczny autyzm.

Co zrobił Wałęsa? Otóż napisał list. A dokładniej maila (tak, stary Wałęsa umie pisać maile). Żeby nie było wątpliwości, autor blogu "Prawy Prosty" pisze a propos tego listu: "Pan Wałęsa w odpowiedzi na moje zapytanie dotyczące autentyczności tego listu fakt ten potwierdził".

Co jest w tym mailu? Jeżeli nie chce wam się czytać, powiem w skrócie, że Wałęsa nazywa tam wszystkich, którzy wyemigrowali z Polski w latach 80-tych zdrajcami, renegatami, małymi tchórzliwymi dezerterami bez honoru oraz twierdzi w nienawistnych słowach, że są to "ludzie chorzy z nienawiści do wszystkiego, co polskie, co wielkie, co nie da się splugawić". Do Wałęsy, w szczególności. Co tu dużo gadać, dziadek Wałęsa cierpi na paranoję.

Lech Wałęsa na spotkaniu z gen. KiszczakiemJuż jak został prezydentem byłem przekonany, że paru psychiatrów powinno tego człowieka zbadać, zanim mu się pozwoli prezydentować. Niestety jakimś dziwnym owczym pędem wszyscy (oprócz Urbana i tygodnika "NIE") traktowali wtedy Wałęsę jak świętą krowę i dyskretnie udawali, iż nie dostrzegają, że prezydent, umysłowo rzecz biorąc, jest kretynem. W jakim innym kraju na świecie jest możliwe, żeby facet o tak niskim ilorazie inteligencji, wiedzy i obycia został prezydentem? Jest w tym jednak coś pocieszającego, bo wynika z tego, że nawet będąc kretynem (patrz: Wałęsa, patrz: Lepper) można zajść wysoko i dokonać czegoś wielkiego i dobrego (to już tylko Wałęsa). Skoro Wałęsa potrafił - ty też potrafisz!

Dochodzę również do smutnego wniosku, że patriotyzm w połączeniu z prostotą umysłu robi z mózgu sraczkę. Tym bardziej w połączeniu z alkoholem (a Wałęsa lubi wypić, jak to prawdziwy Polak-patriota) i szczątkowym poczuciem humoru. No bo rozumiem, że wąsaty pan wkurzył się na jakiegoś zagranicznego kretyna, że wypisuje brednie o tym, że ten i ów działacz Solidarności był żydo-masono-komunistą, ale taka reakcja na owe pierdoły pasuje do chama ze wsi, nie zaś do byłego prezydenta kraju i naureata pokojowej nagrody Nobla.

Strzeżcie się, przyjaciele, ludzi, którzy nie mają dystansu do siebie i do świata!

piątek, 21 kwietnia 2006
Przedwczoraj miałem sen. Był rewelacyjny, dlatego chciałem go tutaj przedstawić, ale zapomniałem kto był głównym bohaterem. Pamiętam tylko, że ten ktoś pojechał na wyprawę do Ameryki Południowej i tam zjadły go węże. Trzy albo cztery żmije. I potem ktoś, zdaje się, że ocalały towarzysz podróży, przywiózł te żmije do kraju i sprzedał je na Allegro za jakąś kosmiczną sumę.

Ha, to był dopiero sen! Chociaż w druku nie jest już taki fajny. Tego typu sny trzeba po prostu przeżyć. Ale to tak na marginesie.

Słucham sobie ostatnio ruskich podcastów. Jeżeli nie wiesz, co to jest podcast - łatwo się dowiesz szukając w sieci. Ruski podcast, którego słucham, nazywa się "Янки после пьянки" (czyli: "Janki poslje pianki" - oj, rosyjski napisany łacińskimi literami w polskiej transliteracji wygląda idiotycznie). Ot, dwóch ruskich z Chicago gada na różne tematy. Tematy jak tematy, faceci jak faceci - ale ten język!

Po dwóch tygodniach słuchania okazało się, że odkryłem rewelacyjny sposób na naukę języka! Coraz więcej rozumiem, nowych słów się ciągle uczę, coraz lepiej "wyczuwam" język. Bo to przecież żywy, codzienny język, mówiony, a nie pisany, i jakość dobra, i ciekawe, i śmieszne czasem, a jak czegoś nie zrozumiem, to mogę łatwo cofnąć i posłuchać jeszcze raz. Cóż może być lepszego do praktycznej nauki języka, niż podcast?

Ruski podcast - lepsze niż kurs językowy!


wtorek, 18 kwietnia 2006
Uff. Skończyły się święta. Chwała Bogu!

Ci, którzy mnie znają lepiej, znają mój stosunek do świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Krótko mówiąc jest on właśnie stosunkowy. Stosunkuję te stosunkowane święta i chciałbym, żeby się wraz ze swoją stosunkowaną świąteczną atmosferą raz na zawsze ode mnie odstosunkowały.

Źródłem tego światopoglądu jest, podejrzewam, moje nonkonformistyczne umiłowanie prawdy (wychowałem się na książkach Karola Maya...) i jakiś wrodzony zmysł wykrywania fałszu, iluzji i zakłamania. Gdyby bowiem istniały termometry mierzące poziom zakłamania w powietrzu to w czasie świąt wszystkie by wybuchały.

Zakłamanie - jedno z wielu - polega na tym, że są to ponoć święta z gruntu chrześcijańskie. Prawda: są de iure, nie są de facto. I Boże Narodzenie i Wielkanoc to mieszanka pogańskich zwyczajów z chrześcijańską koncepcją. Przecież to nie Bóg kazał stawiać choinkę, to nie Jezus kazał święcić jajka. Jezus nie urodził się w grudniu, a Wielkanoc to wbrew pozorom nie Pascha. Ale przyjąwszy nawet, że domieszka pogaństwa przez te parę wieków zdążyła wyparować, i tak mało kogo obchodzi boży element tych świąt. Albowiem od paru ładnych lat i Boże Narodzenie i Wielkanoc nie są już świętami chrześcijańskimi - są to święta rodzinne.

Nie wiem dokładnie, co to znaczy, ale we wszystkich masowych mediach podkreśla się rodzinność świąt unikając zbyt osobistych odwołań do Boga, duchowości religii, czy - broń Boże - Jezusa. To konsekwencja "poprawności politycznej", paradoks, polegający na tym, że masowe media muszą być religijnie obojętne - w końcu są masowe, dla wszystkich - a święta w swojej naturze takie nie są. W związku z tym trzeba albo przyjąć religijny punkt widzenia mówiąc o świętach, albo święta odreligijnić. To drugie jest znacznie korzystniejsze dla wszystkich. Jedyne, co na tym cierpi, to prawda, sens i spójność tego wszystkiego - ale na tych rzeczach i tak mało komu zależy.

I tak, uśmiechnięty i odpicowany pan w telewizji nie życzy nam "żeby żyjący, zmartwychwstały Jezus błogosławił nam w jego naśladowaniu". Życzy nam natomiast "aby te święta upłynęły w ciepłej i rodzinnej atmosferze". Nie życzy "żebyśmy stawali się bardziej podobni do Jezusa i postępowali tak jak On". Życzy "abyśmy byli dla siebie życzliwi i bardziej wrażliwi na ludzkie potrzeby". Niby to samo, niby na jedno wychodzi - ale w tym pierwszym to Bóg jest w centrum, a w tym drugim - moje własne ja.

Tak więc mamy - i będziemy mieć w coraz większym stopniu - chrześcijańskie święta bez chrześcijaństwa, zmartwychwstanie bez Chrystusa, a zamiast Boga mamy rodzinę - czyli nas samych, nas ludzi. Gdy dawniej celem świąt było skupienie się na Jezusie, na Bogu - teraz to jest czas skupienia się na sobie i na rodzinie. Bo jaki stworzyliśmy świat, takie i tworzymy święta. Święta kompatybilne ze światem reklam, gdzie w centrum tego ogromnego, złożonego wszechświata znajduje się twoje własne ja. Dokarmiaj je, pój, czyść i pieść - radzi świat. I to samo radzą święta.

Rzygać się chce.

środa, 12 kwietnia 2006
Ktoś mi zwrócił uwagę w komentarzu, że przynudzam, bo ciągle piszę o katarze. Hm. Może i słusznie. Zamiast zająć się czymś, co odwróciłoby moją uwagę od sami-wiecie-czego, jeszcze bardziej się na sami-wiecie-czym skupiam. Racja. Godny ten komentarz i sprawiedliwy. Komentujcie więc, kochani, dużo i obficie, gdyż słuszne to i zbawienne.

Żeby więc zmusić komórki mózgowe to działania po przerwie spowodowanej sami-wiecie-czym, skomentuję kolejny po ptasiej grypie obowiązujący aktualnie temat, mianowicie: "czy Judasz był bohaterem?".

Temat jest jadowicie nudny i żenujący, więc powiem krótko: nie, nie był. Wszelkie intelektualne dywagacje na temat alternatywnych dziejów Judasza są co prawda niezwykle porywające, ale trzymają się faktów równie mocno jak pająk-anorektyk startującego Boeinga 747.

Manuskrypt opatrzony idiotycznym, ale genialnie brzmiącym pod względem medialnym, określeniem: "ewangelia świętego Judasza" znany był już dawno temu. Jego wiarygodność jako dokumentu opisującego rzeczywiste fakty ma się do 4 biblijnych ewangelii tak jak baśnie braci Grimm do reportażu w CNN. Nie trzeba do tego zaawansowanej wiedzy biblijnej - wystarczy poczytać i porównać. Swoją drogą, kiedyś zastanawiałem się nad tym dlaczego akurat te księgi wybrano do kanonu Pisma Świętego, a inne odrzucono. Dlaczego akurate te? Ale jak trochę wniknąłem w temat okazało się, że to nic szczególnie sensacyjnego - wybór był raczej oczywisty. Wystarczy przeczytać i porównać.

Przedwczoraj TVP2 puściła debatę na żywo na temat "ewangelii Judasza". Eksperci, w tym dwóch biblistów znających się na temacie, prowadziło sobie dywagacje. Z tych dwóch, którzy wiedzieli o czym mówią, jeden był nadętym super-nad-inteligentem, który przy pierwszej wypowiedzi zażądał ostro "proszę mi nie przerywać", po czym przerywał ochoczo każdemu, kto głosił inne poglądy niż on. Drugi to był ksiądz. Cóż, nobody's perfect. Ksiądz zaczął od tego, że artykuł w Gazecie Wyborczej, która o owej "ewangelii" napisała, zawierał podstawowe błędy merytoryczne. Ksiądz miał rację. Powiedział też, że przedstawienie tej sprawy jako "jednego z największych archeologicznych odkryć stulecia" jest niedorzecznością. Ksiądz znów miał rację. Po tej wypowiedzi nastąpiła seria wodolejstwa stulecia, gdzie każdy z ekspertów próbował wykazać, że jest mądrym, oczytanym, wybitnym publicystą/biblistą/dziennikarzem*niepotrzebne skreślić. Co do mnie, z żadnym z tych panów nie poszedłbym na piwo, co najlepiej pokazuje, ile są dla mnie warci.

Wypowiedzi na temat bohaterstwa Judasza wzbudzają we mnie głębokie westchnienie i chęć pomocy bliźniemu poprzez wykazanie rzeczowymi argumentami, że jest w błędzie. Jeżeli więc akurat mi się chce i uważam, że warto, to tłumaczę zacnemu człowiekowi, że nie, Judasz nie był bohaterem (np. tutaj: http://cyrk.blox.pl). Sprawa z Judaszem jest dokładnie taka sama jak z ewolucją: na pierwszy rzut oka teoria wydaje się sensowna. Ale tylko wtedy, kiedy się nie zna dobrze ani Biblii ani historii/biologii/genetyki/kosmologii*niepotrzebne skreślić.

I zastanawiam się, czy to zainteresowanie Judaszem jest obecne tylko w mediach (bo apetyt na ptasią grypę się wyczerpał) czy wśród zwykłych ludzi też. Ale tego nie mam jak zbadać - nie mam aż tylu znajomych, żeby zrobić badania opinii publicznej. Ale na tyle, na ile ją znam (opinię publiczną), podejrzewam, że więcej emocji wzbudzi w niej pierwsza lepsza promocja w hipermarkecie, niż to, czy Judasz był zdrajcą czy bohaterem. Eh, w jakim świecie przyszło nam żyć...

środa, 05 kwietnia 2006
Znów jestem chory.

To, czego najbardziej nie lubię w życiu to chorowanie. Nic to w sumie poważnego: ból gardła jakiś, osłabionko lekkie, gorączka maleńka i ten cholerny, wszechogarniający, przesłaniający wszystko katar.

Kataru nie należy niedoceniać. Czy wiecie, że podczas wypraw do Ameryki przez pierwszych hiszpańskich konkwistadorów, południowo-amerykańscy Indianie umierali masowo właśnie na zwykły europejski katar? I w sumie chyba lepiej na tym wyszli, bo niedoczekali mającego niebawem nadejść błogosławieństwa nowej religii, którą wprowadzano w imię Świętej Matki Kościoła. Ogniem, mieczem i katarem. W zamian za cenny dar religii pobierano z Ameryki złoto i niewolników, aby obie strony coś z tego miały. Nie ma to jak interesy z papieskimi legatami: "my wam damy religię, a wy nam złoto - będzie fair".

Skąd się w ogóle wziął ten katar? Nie udało mi się znaleźć żadnej sensownej teorii co do pochodzenia wirusów. Większość mówi: przez mutacje. Niestety nie mam już słodkiego luksusu niewiedzy, a bajki lubię, ale w nie nie wierzę. Jak ktoś by mnie przekonywał, że wirusy komputerowe powstają poprzez błędy w kopiowaniu plików (odpowiednik mutacji) to powiem, że ten ktoś albo nie wie o czym mówi albo stracił rozum. Nie, wirusy nie powstały przez mutacje. To dzieło dobrze zaplanowane i skonstruowane, z określonym przeznaczeniem, bez śladów przypadkowości. Podobnie jak w przypadku wirusów komputerowych, ktoś je stworzył, to dość oczywiste. Pytanie tylko kto? I po co?

Wielu pewnie podejrzewa, że katar stworzył szatan. Brzmi to idiotycznie. Może powiem to w sposób łatwiejszy do przełknięcia: istnieje hipoteza, iż za powstanie szkodliwych baterii, wirusów i drobnoustrojów odpowiedzialne są wysokie w hierarchii przeciwne Bogu istoty duchowe. No, już trochę lepiej, chociaż też trochę głupawo.

Czy szatan skonstruował wirusy? Osobiście raczej wątpię. Nie dlatego, że siły duchowe nie mogą mieć bezpośredniego wpływu na świat materialny - oczywiście, że mogą. Wątpię dlatego, że jest tylko jeden Stwórca, który potrafi starzać ex nihilo, z niczego. Cała reszta, z ludźmi na czele, potrafi jedynie tworzyć z czegoś, co już istnieje. Więc może szatan stworzył katar z czegoś?

No może. Ale ja podejrzewam, że to raczej ten, kto stworzył wszystko pozostałe, stworzył też i katar. Po co? Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale to dobre pytania. Może między innymi po to, żeby taki Martin zmuszony był przez parę dni nie programować, nie pisać, nie umawiać się - tylko odpocząć. Chociaż z drugiej strony jakość tego odpoczynku pozostawia wiele do życzenia.

Po co Bóg stworzył katar? Pomysły umieszczajcie w komentarzach!

wtorek, 04 kwietnia 2006
Jest pewna duża grupa społeczna, która nie ma żadnych specjalnych praw, wymaga się od niej niemożliwych rzeczy i jest wykorzystywana, ile się tylko da. Grupa ta to, oczywiście, mężczyźni.

Oczywiście mam tu na myśli tylko zdrowych, silnych, heteroseksualnych mężczyzn w sile wieku. Ci mają, szanowni Państwo, wyjątkowo przesrane.

Dokąd może dojść społeczeństwo, w którym chroni się przeciętność, nieudolność, bezmyślność, słabość, tchórzostwo, a karze się odwagę, siłę, przedsiębiorczość, zaradność?

Dawniej mężczyźni powiadali: my rządzimy światem, a nami kobiety. Potem ktoś wpadł na pomysł, żeby wpływ pośredni zamienić na bezpośredni, żeby ciężar rządzenia ponosiły też kobiety - no i skończyło się to "my rządzimy światem". Teraz jest "kobiety rządzą światem, i nami też".

Kobiety zaczęły przekształcać świat na taki, w którym im żyje się jak najlepiej, dążąc ze wszystkich sił do zaspokojenia tej jednej, najważniejszej, najbardziej podstawowej kobiecej potrzeby: poczucia bezpieczeństwa. Udało im się to znakomicie - w porównaniu z poprzednimi wiekami bezpieczeństwo życia w Europie - bo o Europie tu mówię - wzrosło niezaprzeczalnie. Tyle, że skutki uboczne tego bezpieczeństwa uber alles sprawiają, że dla aktywnych, przedsiębiorczych, kreatywnych mężczyzn ten świat jest niejadalny. Czasem nawet trujący. Bo kobiety dążąc do życia totalnie bezpiecznego, życia bez wojen, konfliktów, ryzyka i zagrożeń, sprawiły przy okazji, że nie ma już o co walczyć, nie ma o co ginąć i - logiczna konsekwencja - nie ma też po co żyć. Przeciętny więc człowiek żyje tylko dlatego, że żyje, bez jakiegoś konkretnego celu ani powodu - bez sensu, ale za to bezpiecznie.

Tylor Durdan w filmie "Fight Club" powiedział, że jesteśmy pokoleniem mężczyzn wychowanych przez kobiety. Trudno się nie zgodzić. Wszędzie dookoła widzę mężczyzn, którzy myślą jak kobiety, mówią jak kobiety i postępują jak kobiety. Tylko czekam, kiedy im biust wyrośnie.

Nie żebym nie lubił biustu, nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam biust - ale na właściwym miejscu. Tak samo, nie ma nic złego w kobiecym sposobie myślenia. Od tego kobieta jest kobietą, żeby myślała jak kobieta, mówiła jak kobieta, postępowała jak kobieta, dbała o dom, o bezpieczeństwo, dodawała życiu piękna. I dobrze przecież. Dobrze, ale - na Boga - na właściwym miejscu! W polityce, gospodarce, zarządzaniu ludźmi - tutaj nie ma miejsca na kobiece myślenie!

Tyle razy słyszałem wśrod różnych grup ludzi, w kościołach w szczególności, jak kobiety się żalą, że brakuje prawdziwych mężczyzn. Często słyszałem, jak deklarują chęć, żeby mężczyzna jaki się pojawił i wziął się do roboty i poprowadził, ale kiedy już jakiś przyjdzie i zacznie wprowadzać męski punkt widzenia i męski sposób postępowania, natychmiast pojawia się niechęć, protesty, obawy i gwałtowne hamowanie. Głównie ze strony tych kobiet, którym tak ponoć mężczyzny brakowało. Bo owszem, one chcą mężczyzn-liderów, ale takich, co by myśleli prawidłowo - czyli tak, jak kobieta. Pogłaskać po głowie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, nie wychylać się i dbać o to, żeby wszystkim było maksymalnie bezpiecznie. Takie skrzyżowanie domu z więzieniem.

Drogie panie! Ależ męski punkt widzenia jest potrzebny! Bezpieczeństwo i ochranianie w wydaniu kobiecym na dłuższą metę nie są dobre. Dziecko musi się przeziębić, żeby nabrać odporności. Musi dostać w tyłek póki jest małe, żeby nie dostać w pysk, jak będzie większe. I trzeba dać mu się czasem sparzyć, żeby poznało co dobre, a co złe. Pozwolić komuś na cierpienie, wiedząc, że to dobre, chociaż boli - do tego potrzeba męskiego podejścia.

Dziś miliony młodych mężczyzn, wychowanych po kobiecemu, to emocjonalne kaleki. Miliony chrześcijan w swoich zdominowanych przez kobiety kościołach są sami praktycznie kobietami: bierni, zachowawczy, bojący się ryzyka, nastawieni na pielęgnowanie, nie na tworzenie, na zachowywanie, a nie zdobywanie.

Drogie panie! Do was kieruję tę prośbę, bo to wy dziś rządzicie kościołami, gospodarką, mediami, państwem ect.

Drogie panie! Pozwólcie mężczyznom być mężczyznami, do cholery!

Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).