Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

wtorek, 26 września 2006
Formalnie rzecz biorąc nie mam wykształcenia wyższego.
Moja ciekawa i pełna dramatycznych zwrotów akcji historia edukacji doszła w najdalszej swojej fazie do 2/3 licencjata. Może by i doszła do 3/3, jakby mi w międzyczasie nie zamknęli szkoły, ale po latach myślę, że dobrze się stało. Zmarnowałbym rok, a tak zaoszczędziłem czas i pieniądze.

Wiem, że większość ludzi powiedziałoby, że zmarnowałem dwa lata nie ukończywszy studiów. Cóż, ja twierdzę, że właśnie dzięki temu oszczędziłem rok. Kwestia percepcji. Albo raczej kwestia wyczucia rzeczywistości.

Byłem na uczelni prywatnej, państwowej i prywatno-państwowej. Byłem na studiach magisterskich, na studiach licencjackich i studium pomaturalnym. Krótko mówiąc, doświadczyłem więcej niż standardowy polski "poważny" informatyk, którego życiorys można streścić na chusteczce do nosa. Doświadczenie okazało się nadar pożyteczne, jako że dzięki niemu, z upływem czasu, oczywistym stawał się fakt, że byłem dotąd idiotą. Pełnym dobrych chęci, przekonanym do swoich racji i strasznie naiwnym.

Ludzie mówią, że najlepsze są studia państwowe, a na prywatnych niczego się nie da nauczyć. Okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Ludzie mówią, że najwięcej nauczę się na dziennych studiach magisterskich, a najmniej na dwuletnim technicznym studium. Znów - zupełnie odwrotnie. Ludzie mówią, że najważniejszy jest dyplom ukończenia studiów, a przerywanie studiów przed końcem jest straszną głupotą. I też jest odwrotnie! Okazało się, że w ostatecznym rozrachunku liczą się umiejętności, wiedza i doświadczenie, a dyplom jest, owszem, bardzo potrzebny, ale tylko w firmach i instytucjach państwowych, do których mam organiczny wstręt. Nawiasem mówiąc, skąd te państwowe firmy biorą informatyków? Ostatnio natrafiłem w gazecie na ogłoszenie urzędu skarbowego, który poszukiwał informatyka. Podczas gdy normalna firma prosi zwykle o CV, list motywacyjny i może jeszcze jakieś porfolio, ów państwowy fenomen wymagał kserokopii dokumentu tożsamości, dyplomu ukończenia studiów, świadectwa pracy z poprzednich firm, życiorysu, informacji o niekaralności oraz gotowości do poddania się jakiejś bliżej niesprecyzowanej procedurze sprawdzenia, czy nie jest się agentem, aferzystą, mafiozem i wielbłądem. A to tylko w ramach zgłoszenia kandydatury na stanowisko informatyka, który miałby instalować Windows, MS-DOS (sic!), podłączania drukarek i administrowania bazą danych. Czy oni myślą, że w Polsce są rzesze bezrobotych informatyków, którzy przymierają głodem?

Cieszę się więc, że nie straciłem czasu i pieniędzy na generowanie nikomu niepotrzebnej pracy licencjackiej na temat "filozoficzne aspekty architektury klient-serwer w aplikacjach wielowątkowych", którą pozna pobieżnie 5 osób na ziemii, tylko po to, żeby móc mi legalnie wręczyć kawałek papieru. Podczas licznych rozmowów kwalifikacyjnych, w których od tamtego czasu brałem udział, miałem okazję przekonać się na własnej skórze ile faktycznie wart jest taki papier. Ale nie zdradzę wam ile. Nie chcę psuć niespodzianki tym, którzy jeszcze studiują.

Odczuwam więc na widok studentów polonistyki, filozofii et hoc genus omne dziką, sadystyczną radość. Wiem, że powinienem czuć się względem nich gorszy jako nie-magister i nie-licencjat, ale jakoś nie mogę. Za bardzo rozwesela mnie wymyślanie rzeczy, które ci dzielni magistrzy będą mogli zrobić ze swoim dyplomem po 5 latach ciężkiej pracy.

Bo co można zrobić z dyplomem magistra?
  • chwalić się nim sprzedając cheeseburgery w McDonald's ("panie magistrze, gdzie te frytki?", "już się robią, panie docencie")
  • powiesić go sobie nad kasą w Tesco, ku przestrodze dla młodzieży
  • użyć w celach marketingowych ("dzień dobry, jestem doktor habilitowany magister Jan Nowak, i chciałbym panią zainteresować tym wspaniałym, nowym odkurzaczem")
  • przyczepić do wózka z obważankami
  • trzymać na ciężkie czasy, kiedy to znowu nie będzie można kupić papieru toaletowego
  • użyć w nazwie firmy ("Kebab u Magistra")
  • pracować jako informatyk w Urzędzie Skarbowym
To ostatnie jest szczególnie drastyczne. Przepraszam osoby o słabych nerwach.
Zapraszam do dopisywania kolejnych propozycji w komentarzach.

Technik Informatyk ze specjalnością w Zarządzaniu oraz 2/3 Niedoszłego Licencjatu Komputerowych Metod Zarządzania i Administracji na wydziale Marketingu i Zarządzania Profesjonalnej Szkoły Biznesu,

czwartek, 07 września 2006
Oglądałem przed chwilą program "Co z tą Polską" Lisa. Gościem był Roman Giertych, więc było ciekawie. Niekoniecznie mądrze, niekoniecznie merytorycznie, niekoniecznie przełomowo - ale ciekawie na pewno.

Jedną ciekawą obserwację poczyniłem. Prowadzący oddał w którymś momencie głos publiczności i wtedy jeden uczeń mówi tak:
- Jest mi wstyd, że mamy ministra, który jest symbolem nietolerancji, obskurantyzmu i czegoś-tam jeszcze, bla, bla, bla...
Większa część publiczności nagradza mówcę rzęsistymi brawami.
Na to drugi uczeń o wyglądzie przedwojennego maturzysty, uczesany, ulizany elegancko, w nienagannym garniturze, bierze mikrofon i mówi:
- A ja jestem dumny, że mamy takiego ministra!
Druga część publiczności klaszcze głośno i wznosi okrzyki poparcia.
Pogadali.

O, i tak właśnie wygląda dialog w Polsce: jeden mówi swoje, drugi mówi swoje, i tyle. Pogadali. Każdy powiedział, co miał do powiedzenia i nawet nie usłyszał, że ten drugi też coś powiedział. I zamiast się poznawać, starać zrozumieć, dogadywać - każdy po prostu mówi swoje, starając się przebić drugiego erudycją i amplitudą fal dźwiękowych.

No bo czy tak nie prościej? Dogadywanie się wymaga przecież tyle wysiłku. Polski sposób jest lepszy: kto powie głośniej, ten ma rację. A nawet jak nie ma racji, to jego rację bardziej słychać. I wtedy jego racja, nawet jak nie jest racją twoją, to jest bardziej mojsza niż racja twojsza, bo moja racja jest racja najmojsza, jak powiadają autorytety. Amen, brawo, alleluja, tak nam dopomóż Bóg.

W sumie aż tak bardzo mnie to nie rusza, jestem przyzwyczajony. Znam polską mentalność lepiej niżbym chciał. Czasem tylko sobie myślę z przerażeniem, że jak nam ten Bóg nie dopomoże, to naprawdę źle się to wszystko skończy. Nie pierwszy raz. I obawiam się, że nie ostatni.

Wszystkiego dobrego.
niedziela, 03 września 2006
Pośród wielu cech negatywnych ludzi czołowe miejsce (tuż obok głupoty) zajmuje brak dystansu do siebie.

Co rozumiem przez "brak dystansu"? Ano z brakiem dystansu mamy do czynienia wtedy, kiedy dany osobnik:
  • traktuje się śmiertelnie poważnie
  • nie potrafi się śmiać z siebie
  • przejmuje się zupełnie nieproporcjonalnie do wagi sprawy
  • uważa, że go atakujesz, kiedy ty tylko żartujesz
  • wytyka negatywne cechy u innych, ale kiedy jemu zwrócić uwagę na tą samą cechę u niego, traktuje to jako atak na siebie, obraża się i żąda natychmiastowych przeprosin i zadośćuczynienia krzywd
  • przy byle konflikcie o byle pierdółkę, zamiast porozmawiać na luzie i szukać porozumienia, wytacza cieżkie działa, grozi procesem, sądem, pobiciem, nasłaniem ruskiej mafii, itd.
Właściwie dwa pierwsze punkty wystarczają już za cały opis.

Tego typu osoby są jak wrzód na dupie. Są jak stado brzęczących much, co lata bez przerwy nad głową i zatruwa życie. Są jak wieczna, niekończąca się biegunka. Są jak piasek w chlebie, jak kość w kiełbasie, jak wielkie, śmierdzące gówno na środku placu zabaw.

Gdyby nie było ludzi cierpiących na brak dystansu do siebie - bo uważam to za chorobę - o ileż świat byłby piękniejszy! Ileż spraw by można załatwić, ileż błędów naprawić, z iloma osobami dogadać, gdyby tylko ludzie tak poważnie się nie traktowali. Gdyby, zamiast obrażać się na siebie o byle co, niczym dzieci w piaskownicy, obracali sprawę w żart.

Bo przecież - przyznacie to chyba - jeżeli jesteśmy bezsilni w wielkich rzeczach, to co za sens przejmować się mniejszymi?

Wszyscy jesteśmy zaledwie ludźmi i umieramy od dnia narodzin. Jednemu to zajmuje dzień, innemu 100 lat - ale dzielimy tę samą bezsilność wobec śmierci, bólu, choroby, cierpienia, przemijania i erozji wszystkiego pod słońcem. Dystans polega właśnie na tym, żeby mieć to na uwadze i przejmować się rzeczami adekwatnie do ich wagi.

Co doradzam absolutnie wszystkim, bez wyjątku. Inaczej będziecie wiecznie nieszczęśliwi i bardzo męczący dla otoczenia.

Unikajcie ludzi bez dystansu do siebie, przyjaciele. Są udręką ducha.

Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).