Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

piątek, 29 czerwca 2007
W Ostródzie powstał nowy kościół o nazwie "Kościół Brutalnych Chrześcijan". Jest to ewangeliczna wspólnota, która stawia sobie za zadanie dotarcie z ewangelią do współczesnego młodego człowieka.

"Współczesne kościoły chrześcijańskie są dla pedałów" - mówi założyciel grupy, który pragnie pozostać anonimowy. - "Nie mogłem już słuchać tego ciągłego pierdolenia o dotykaniu serc i badaniu swojej postawy. Jezus to był, kurwa, gość z jajami, a nie jakaś ciota. W kościołach robią z niego geja i założę się, że go to nieźle wkurwia. A my chcemy prawdziwego Boga: takiego co kocha, i takiego co przypierdoli jak trzeba. Bo taki jest w Biblii. Ale okazało się, że łatwiej znaleźć kurwę w Watykanie niż kościół, który mówi prawdę w Polsce. Dlatego w końcu założyliśmy nasz".

Taki sposób mówienia o Bogu spotkał się z ostrą krytyką wszystkich środowisk kościelnych. "To niedopuszczalne, żeby taki język miał się kojarzyć z Bogiem i kościołem" - oburza się proboszcz Kościoła pod wezwaniem Świętego Bogusława w Ostródzie. - "My również pragniemy trafiać z ewangelią do młodzieży, ale są granice, których przekroczyć nie wolno".

Kontrowersyjna grupa stara się przyciągnąć głównie młodych ludzi. Zespół muzyczny, któremu patronuje Kościół Brutalnych Chrześcijan, wydał właśnie swoją pierwszą płytę. Można tam usłyszeć utwory zatytułowane "Jezus Chrystus zajebisty jest", "Ten kutas grzech" oraz "Chuj ci w dupę, szatanie". Mimo, że teksty piosenek chwalą Boga, piętnują grzech i zachęcają do stawania się lepszym, są wprost naszpikowane wulgaryzmami. Z pewnością w żadnym innym kościele nie usłyszymy na nabożeństwie pieśni, której słowa brzmią "Chcę przy tobie zawsze stać, drogi Jezu, kurwa mać" lub "Z pomocą Boga ruszamy w bój, pierdol szatana, to chuj, chuj, chuj". Jak do tej pory wszystkie stacje radiowe odmówiły promowania płyty.

Mimo zdecydowanego potępienia ze strony hierarchów Kościoła Katolickiego oraz zwierzchników wszystkich kościółów protestanckich, "Kościół Brutalnych Chrześcijan" odnotowuje szybki wzrost popularności. Według nieoficjalnych danych wspólnota zaledwie po miesiącu istnienia liczy więcej członków niż istniejący od kilkuset lat Kościół Chrześcijan Baptystów czy Kościół Zielonoświątkowy. "Nie tędy droga" - kręci jednak głową pastor jednego z krakowskich kościół protestanckich. - "Nie podważamy intencji założycieli tej grupy, ale najwyraźniej zapomnieli, że Bóg jest Miłością. A Miłość nie przeklina". "A gdzie to jest, kurwa, napisane?" - komentuje te słowa lider KBC. - "Kościół istnieje po to, żeby wyciągać ludzi z gówna. A jak pastorzy boją się pobrudzić i nie są w stanie znieść smrodu, to, kurwa, kogo oni wyciągną? Ludzie na ulicach umierają, a w kościołach wszyscy się tylko uśmiechają i pierdolą w kółko, że Bóg nas kocha, Bóg nas kocha, zamiast ruszyć w końcu dupę i wyjść do ludzi. I zacząć mówić do nich ich językiem, a nie jakimś pierdolonym kościelnym slangiem".

Zapytany o to dlaczego wybrał akurat tę wspólnotę, jeden z członków kościoła mówi: "A gdzie mam iść? Nie mówię, że wszystko mi się tutaj podoba, ale tutaj przynajmniej mogę coś robić. Jak będę chciał posiedzieć w ławce, posłuchać, poklaskać i iść do domu, to pójdę do teatru. Może trochę za dużo klną, ale przynajmniej są autentyczni. Nikt tu niczego nie udaje". Uśmiechnięta dziewczyna ubrana w skórę i z papierosem w ustach mówi: "Dlaczego tu jestem? Bo mi się tu podoba. Jakbym nie chciała, to bym nie była - proste. Jak przyszłam pierwszy raz, ktoś podszedł i zaczął ze mną gadać. Jakoś się tak wkurwiłam wtedy i zaczęłam mówić głośno wszystko co myślę o Bogu, kościele, o tych skurwysynach księżach i o tym jak mnie to wszystko wpierdala. Byłam pewna, że mnie zaraz wyrzucą, bo jak można się tak wyrażać w kościele, nie? A gość wiesz co zrobił? Pokiwał głową i powiedział: masz, kurwa, rację. Kurwa, to chyba jedyny kościół na świecie, gdzie nie trzeba udawać i można mówić wszystko, co się myśli".

Kościół Brutalnych Chrześcijan zaprzeczył pogłoskom, że przygotowuje własne tłumaczenie Biblii. Więcej informacji o KBC można znaleźć na ich stronach internetowych.

środa, 20 czerwca 2007
Odkąd pamiętam miałem wewnętrzną potrzebę uzewnętrzniania swoich myśli. Potrzeba ta siedziała sobie w mym udręczonym wnętrzu długo nie mogąc znaleźć sobie miejsca na zaspokojenie się, że tak brzydko powiem. Zbierała się, puchła i pęczniała niczym mocz w pęcherzu, powodując podobne z resztą odczucia i skutki jak rzeczony mocz. A wszystko przez to, że za tamtych czasów nie było blogów.

Kiedy pojawił się Internet okazał się idealnym miejscem do uzewnętrzniania nadmiaru siebie dla rzeszy młodych ludzi, którzy dramatycznie chcą coś powiedzieć nie mając kompletnie nic do powiedzenia. W miarę jak się rozwijał pojawiały się nowe obszary do zagospodarowania słowem: listy mailingowe, fora, blogi, tematyczne strony internetowe, radio internetowe i podcasting. We wszystkich tych obszarach próbowałem coś tworzyć. Pisywałem artykuły, opowiadania, nawet powieść (dalej ją piszę), nagrywałem podcasty, a teraz mam nawet audycję w radiu internetowym na żywo. Jeszcze tylko nie udzielałem się graficznie. Ale nie dlatego, że nie chciałem, tylko dlatego, że kompletnie nie umiem rysować.

Ale na coś, do cholery, muszę się w końcu zdecydować.

Żeby uprościć sobie życie, próbuję odpowiedzieć najpierw na dwa pytania.
Pierwsze:
Czy lepiej pisać czy nagrywać?
Drugie:
Czy lepiej po polsku czy po angielsku?

Jak uważasz, co powininem wybrać? Co mi lepiej wychodzi? Help!

Materiały do porównania. Najpierw to, jak piszę:
  • ten blog - to, co czytacie
  • Teoria Portali - powieść, a więc forma długa, przemyślana i zaplanowana
  • Podróż do Ostatniej Strony - luźna relacja z jednej z moich podróży
  • Przykładowy artykuł (o Edzie Brownie)
  • Inny przykładowy artykuł (o kościele)
  • Artykuł/reportaż (o tym co jeden Amerykanin wymyślił, zaplanował i zrealizował kilka lat temu w Kielcach)
A teraz nagrywanie. Ściągnijcie, posłuchajcie i powiedzcie czy lepiej mi wychodzi pisanie czy nagrywanie:
  • Odwyk.com - podcast o Biblii, Bogu, takich tam. Aktywny (nawet bardzo). I jak mi to wychodzi?
  • Completely Unprofessional - podcast po angielsku.
  • Koczowisko Dekadencji - godzinne audycje w RadiuART na żywo, do ściągnięcia później jako MP3. Moje audycje są w poniedziałki i środy.
  • Masa Krytyczna - mój pierwszy i najbardziej popularny podcast. Luźny, głupi i bez sensu, ale wysoce rozrywkowy. Już nieaktywne, ale polecam starsze audycje.

No i jak? Co wybrać? Doradźcie!

czwartek, 18 stycznia 2007
Zauważyłem ciekawą zależność: okazuje się, że ludzie którzy jedzą i piją wszystko, nie przejmując się czy to zdrowe czy nie, są zwykle zdrowsi i silniejsi od tych, którzy liczą kalorie, badają skład i patrzą czy to "zdrowe".

Nie mówię tutaj o osobach, które żrą nadgniłe parówki z Biedronki i popijają kwasem solnym - ot, jedzą co lubią, piją Coca-Colę, chadzają do McDonalda i nie przejmują się. Są też całe rzesze kobiet, które Coca-Coli nie tkną (bo niezdrowa i zęby po niej wypadają), McDonald's omijają z daleka (bo skrajnie niezdrowy) i byle czego w sklepie nie kupią (bo zawiera E-354). Piją za to namiętnie jogurciki (bo zdrowe) i herbatki (bo bardzo zdrowe). I ziółka. I przeważnie chorują częściej niż hamburgerowcy i pepsicolowcy.

Możliwe, że wytłumaczeniem tego zjawiska jest to, że nie ważne co się je i pije, tylko ile się człowiek tym wszystkim przejmuje. Gdyby Ministerstwo Jedzenia i Picia (nie znam dokładnej nazwy, ale w Polsce są ministerstwa od wszystkiego, więc tym na pewno też się jakieś zajmuje) miało więcej rozumu i odwagi, umieszczałoby na żywności naklejki (podobne jak na papierosach) o treści:

Ministerstwo Czegoś-Tam ostrzega:
Przejmowanie się jest przyczyną wielu groźnych chorób!

Kiedy byliśmy dziećmi uczono nas, że warto w życiu być odważnym. Ale niektórzy z nas uznali to za bajkę i stwierdziło, że lepiej w życiu się bać: w tym wypadku jedzenia. Albo zarazków. Albo picia po kimś z kubka. Albo wolnego rynku i kapitalizmu. Albo głosowania na Janusza Korwin-Mikkego. Albo czegokolwiek, co wiąże się z jakimkolwiek ryzykiem.

Doświadczenie wydaje się wskazywać na to, że ci, którzy nie boją się i ryzykują mogą wiele zyskać. Mogą też i stracić - na tym właśnie polega ryzyko. Ale ci, którzy nie ryzykują tracą zawsze. Może więc dobrze by było cofnąć się do czasów dziecięcych i przypomnieć sobie te wszystkie bajki, w których odwaga wygrywała. Bo może bajki miały rację?

Póki co nie widać, żeby bajki miały rację, bo w społeczeństwie wytworzyła się idiotyczna moda na słabość i strach. Ludzie, zamiast iść w stronę odwagi i siły, postanowili uznać się za słabych i tchórzliwych, poddać się od razu w walce o siłę i odwagę - i mieć raz na zawsze święty spokój. Nic dziwnego, że w tej sytuacji tacy ludzie widzą wszędzie zagrożenia (niezdrowa żywość! zarazki! dziki kapitalizm! gwałciciele! żydzi! masoni! kaczyńscy!) i podchodzą do wszystkiego z myślą, że "na pewno sobie nie poradzę". To ci właśnie ludzie oddają władzę w ręce tego, kto obieca, że o nich zadba. W jaki sposób zadba? No w taki, że zabierze przemocą silnym i odważnym, by dać słabym i tchórzliwym. W takiej sytuacji rzeczywiście wychodzi na to, że opłaca się być słabym, tchórzliwym i głupim...

Mimo wszystko, pozwolicie państwo, że nie skorzystam.
Ja tam wierzę w bajki.

Pozdrawiam,

piątek, 05 stycznia 2007
Zwykle - a może nawet nigdy - tego nie robię, ale w tym wypadku czuję, że muszę zrobić wyjątek: zacytuję tutaj całość komentarza do wpisu w blogu Rafała Ziemkiewicza. Jego autorem jest Nat. Po prostu Nat. Kim jest Nat? Nie wiadomo. Brak bliższych informacji, więc ani go zapytać o pozwolenie, ani podziękować ani nic. Mimo wszystko, żeby tak wesoły komentarz się nie zmarnował, umieszczam go tutaj w całości.

PS. A jednak to nie Nat jest autorem. Nat nieprzyzwoicie i bezwstydnie zacytował na blogu tekst kogoś innego, nie podając informacji o autorze. Ale autor się znalazł, jest nim niejaki(a) Matka Kurka (przy czym nie wiadomo, czy jest to Matka o nazwisku "Kurka", czy też matka kogoś, kto się nazywa "Kurek"). Ale to nie jest istotne. Ważne jest, że ten i inne teksty Matki można znaleźć na stronie: http://www.matka-kurka.net/.


Nie wystarczy, że 2006 to był wyjątkowy rok, takiego nie mieliśmy od 17 lat!

Pierwszy raz od 17 lat do marszałka sejmu wpływa wniosek, aby Jezusa Chrystusa ogłosić królem, a na komendzie można zamówić taxi lub pizzę. Wszystko zaczęło się od kampanii partii zwanej żartobliwie prawem i sprawiedliwością, pod wdzięcznym tytułem „My dotrzymujemy słowa”. W ramach my dotrzymujemy słowa, jeśli mój brat zostanie prezydentem, ja nie zostanę premierem, premierem został atrakcyjny Kazimierz, pierwszy produkt medialny w Europie Środkowej. Rodzime Truman Show potrwało pół roku, w tym czasie w ramach my dotrzymujemy słowa w kwestii taniego państwa, powstało najwięcej w historii wolnej Polski nowych ministerstw i sekretarzy stanu, z ministerstwem śledzi i morza na czele, mamy najwięcej w historii Polski marszałków sejmu i senatu oraz 4 wicepremierów. Dwukrotnie TK zanegował ustawy przegłosowane w odstępie kilku miesięcy, co jest absolutnym rekordem. Mięliśmy w ciągu roku 3 rządy, w ramach tych samych partii 3 rodzaje koalicji na trzech różnych pakietach umów, do tego dwóch premierów, pięciokrotnie był wymieniany minister finansów. Jeśli mój brat zostanie prezydentem, ja jednak zostałem premierem, ponieważ premier, który ma 78% poparcia społecznego był za słaby, wymieniliśmy go na premiera, który ma 33% poparcia, a premier który miał 78% poparcia przegrał wybory na prezydenta Warszawy.

Pierwszy raz od 17 lat Polska zobaczyła masówkę, 160 cmkompleksów spędziło słuchaczy radiowęzła z Torunia do stoczni i uroczyście przysięgało nie rozmawiać z Lepperem, po czym polazły i gadało, ale o tym za chwilę. Pierwszy raz od 17 lat w ministerstwie sprawiedliwości w randze wiceministra zasiadł sędzia stanu wojennego i w randze ministra koordynatora komunistyczny prokurator z lat 70. Takiej kadry nie miał nawet Leszek Miller. Na fali rewolucji moralnej marszałkiem sejmu, a następnie premierem wybrano 4 krotnego recydywistę, członka powołanej przez SB grupy politycznej, na co dokumenty widział brat. Premiera recydywistę zdymisjonowano za warcholstwo, co było ewidentnym chamstwem, by następnie w nocy bez kamer tuż po projekcji filmu o JPII wskrzesić i wsadzić na szczyty władzy. Od 17 lat nie mieliśmy w rządzie koalicyjnym klubu, który w ponad 50% składa się z oskarżonych lub skazanych prawomocnymi wyrokami posłów. Znajdziemy w IV RP odnowy moralnej: posła pedofila, posłankę skazaną za fałszowanie przepustek więziennych, europosła oskarżonego o gwałt, rodzimego posła oskarżonego o gwałt, jego żonę oskarżoną o defraudacje, posłankę, która zasłynęła jako operatorka scen korupcyjnych, a następnie została skazana przez komisję etyki i ta sama komisja uniewinniła posłów korumpujących posłankę. Znajdziemy posła wyrzuconego z klubu PiS za jazdę po pijaku, jest poseł wywalony z SO za awantury w dyskotece, jest również poseł powołujący się na znajomości z ministrem sprawiedliwości w czasie egzekucji komorniczej, za co został wywalony z SO, cały ten kwiat polskiego parlamentaryzmu tworzy koalicyjne koło narodowo - ludowe.

Pierwszy raz od 17 lat minister sprawiedliwości 80% czasu pracy poświecił na konferencje, pierwszy raz minister pokazał społeczeństwu jak się niszczy dokumenty przy okazji sprawy politycznej, gdzie o 6.50 prokuratura wkroczyła do PZU na wniosek posła Kurskigo, członka sztabu wyborczego PIS, który oskarżył Donalda Tuska o fałszerstwa polegające na kupowaniu bilbordów od PZU. Jak się okazało nie było ani jednego świadka potwierdzającego słowa Kurskiego, firma obsługująca PZU obsługiwała PIS nie PO, a sędzią w tej sprawie był minister, który był szefem kampanii wyborczej PiS. Sprawę umorzono, poseł Kurski błaga na kolanach o ugodę. To samo ministerstwo sprawiedliwości w ciągu roku zresocjalizowało Rywina, wypuściło Jakubowską i Jakubowskiego, łamiąc prawo aresztowało Wąsacza, nie wyjaśniło ANI JEDNEJ SŁYNNEJ AFERY łącznie z afera Rywina, którą obecny minister jako członek komisji pono rozwiązał w ułamku sekundy, tylko ówczesne władze blokowały śledztwa.

Pierwszy raz od 17 lat rząd, który popierał lustrację zamknął do spółki z klerem usta księdzu Sakowiczowi, prezydent podpisał wadliwą ustawę lustracyjną, a następnie sam znowelizował ją do poziomu ustawy, która obowiązywała wcześniej. Nie złapano ani jednego członka układu, nie odebrano emerytury ani jednemu ubekowi, za to opluto wielu opozycjonistów, w tym nieżyjących jak Jacka Kuronia i uczynił to człowiek, który nie spędził ANI JEDNEGO DNIA W KOMUNISTYCZNYM WIEZIENIU, A W CZASIE STANU WOJENNEGO JAKO JEDYNY OPOZYCJONISTA Z KREGU WAŁĘSY SIEDZIAŁ U MAMUSI POD PIERZYNĄ. Na tym tle pokazuje się najbardziej czytelny podział w IV RP. Komuniści dzielą się na pisowych i pozostałych, z tym, ze pisowi tacy jak Gierek, Jasiński, Kryże, to dobrzy komuniści, pozostali są z układu. Z układu są też wszyscy członkowie opozycji i media, z tym, że w tym wypadku ważny jest kontekst i przydatność „układowa”. Znany polityk opozycji najpierw dostał propozycję objęcia rządu IV RP, potem ogłoszono go mordercą demokracji, by znów zaproponować mu miejsce w rządzie.

Pierwszy raz od 17 lat rząd, który nie zrobił nic w kwestiach gospodarczych, nie wydał najmniejszego dokumentu, choćby najniższej wagi regulującego jakikolwiek obszar gospodarczy, okrzyknął się twórcą 1 punktowej inflacji i PKB na poziomie 5 pkt. Pierwszy raz szef kancelarii prezydenta, który wyleciał z niej za prowadzenie spółki z baronem SLD Nawratem, która to spółka jest ulubieńcem prokuratora, po kilku miesiącach karencji został szefem doradców premiera.

Pierwszy raz od 17 lat ministrem spraw zagranicznym jest kierowniczka magla, która nie odróżnia dwóch najważniejszych dla Polski traktatów regulujących stosunki z sąsiadami. Pierwszy raz od 17 lat ośmiu ministrów spraw zagranicznych, a więc wszyscy, uznali polską politykę zagraniczną za szkodzącą i ośmieszającą kraj. Nigdy dotąd w historii 17 letnich zmagań z demokracja, prezydent nie odwołał spotkania na szczycie tłumacząc się rozwolnieniem wywołanym artykułem w niemieckim brukowcu. Nigdy dotąd polski premier nie żebrał o 4 minuty rozmowy z prezydentem USA by w jej trakcie oddać z wdzięczności 1000 polskich żołnierzy na misję „pokojowe”. Nie zdarzyło się od 17 lat, aby polski premier musiał się tłumaczyć w Brukseli, że Polska nie jest krajem antysemickim, w którym króluje homofobia i nigdy podobnych tłumaczeń nie uznano za sukces dyplomatyczny. Nie zdarzyło się w wciągu 17 lat by prezydent wygłosił 2 minutowe orędzie, oznajmiając, że nie rozwiąże parlamentu. Nie było takiego przypadku by ministrem edukacji został szef organizacji, której obecni, przyszli lub byli członkowie palili pochodnie w kształcie swastyk, udawali kopulację z drzewem, oraz miedzy sobą. Nie pamięta Polska takiego przypadku, by członkowie koalicyjnego rządu, podawali rękoma weterynarzy środki wczesnooporonne przeznaczone dla bydła kobietom zgwałconym przez innych członków. Nie miał nigdy miejsca taki przypadek by premier i prezydent z tytułami naukowymi tak kaleczyli język polski, mówiąc „włanczam”, „som”, „świętobliwość Biskup Rzyma”, oraz mlaskali, oblizywali wargi, odbijali w kułak, a pierwsza dama zasuwała do samolotu z reklamówką. To był najciekawszy rok od 17 lat, polskie władze w ciągu roku wykreowały i sprzedały taki wizerunek Polski, który świat pamięta z początku XIX wieku. W ciągu tego roku nasze stosunki z Niemcami, UE i Rosja zatoczyły koło i wróciły do czasów Układu Warszawskiego i RWPG. W ciągu tego roku wystąpiła największa fala emigracji od czasów stanu wojennego. Z 3 mln mieszkań nie powstało ani jedno w ramach programu rządowego, z setek kilometrów autostrad w przyszłym roku powstanie sześciokilometrowy odcinek a stadionu narodowego w Warszawie nie będzie, ponieważ wygrał niewłaściwy kandydat. Cały ten dorobek nazywa się IV RP, której nie ma na żadnej mapie świata, a powstał ten twór chorej wyobraźni w efekcie rewolucji moralnej, która skalą, siłą i zapachem przypomina szambo spuszczone z Giewontu do Jastarni. To był rok bliźniąt na kaczych nogach. Dziękujmy Bogu, że go przetrwaliśmy i prośmy, by już nigdy więcej dobry Bóg podobnych dowcipów nam nie robił. Niech chociaż pierwsza dama kupi sobie torebkę, a pierwszy strateg solidny klej do protez. Do gospodarki nie mieszajcie się jak przez ostatnie 12 miesięcy, a jakoś to przetrwamy, braciszkowie bosy, partyzanci kwatermistrze, komisarze spółdzielczy, pionierzy, kołchoźnicy, rewolucjoniści moralni w walonkach.

Nat
2007-01-04 18:50:08

piątek, 22 grudnia 2006
Jak większość z nas pewnie już wie, bo news jest soczysty, a wszelkie serwisy informacyjne żyją przecież z soczystości newsów, pewna grupa posłów, z Arturem Zawiszą na czele, postanowiła obwołać Jezusa Królem Polski.

Przyznać muszę, że pomysł jest zdecydowanie lepszy niż obwołanie Marii Królową Polski. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że Maria nie była właściwie nikim szczególnie zasłużonym (w końcu to ją wybrano, żeby Mesjasza urodziła, a nie ona wybrała Mesjasza), po drugie jest tylko człowiekiem, a po trzecie jest Żydówką. To ostatnie dla mnie nie ma akurat żadnego znaczenia, ale dziwnym absurdem wieje, kiedy pewne radio słynące z wrogości w stosunku do Żydów cieszy się niewymownie, że królową w Polsce jest Żydówka. Jezus proponowany na króla też był Żydem, nawiasem mówiąc. Ale widocznie takim dobrym Żydem (czyli według niektórych wyjątkiem w regule). Głupie to wszystko, niedorzeczne, ale jest się z czego pośmiać.

Tak czy inaczej, myślę sobie do jakiego stanu kompletnego debilizmu trzeba dojść, żeby proponować na najwyższym szczeblu władzy państwa takie pomysły. Ktoś nieświadomy i pełen dobrej woli pomyślałby, że ludziom, którzy takie rzeczy proponują, chodzi o to, żeby Jezusa docenić i uczcić. Oj, nie sądzę. A gdyby nawet o to chodziło - to dlaczego w moim imieniu?

Dla mnie osobiście Jezus jest królem tak czy inaczej - ale to mój indywidualny wybór, i mnie tylko dotyczy. I nie zmuszałbym nigdy nikogo do uznania Jezusa za Mesjasza, króla ani nawet za mądrego człowieka. Zmuszanie kogoś do takich rzeczy jest absolutnie niedopuszczalne, jest przestępstwem przeciwko wolności i ja, jako zdeklarowany uczeń i zwolennik Jezusa, zdecydowanie protestuję. Ludzi, którzy innym narzucają swoje poglądy pod przymusem, należy strzelić w pysk, żeby zrozumieli na czym polega koncepcja, która się nazywa "wolność".

Niebezpieczne jest to, że to my swoją biernością w walce o wolność, którą nam Państwo systematycznie odbiera, zachęcamy takich ludzi jak poseł Zawisza to odbierania nam resztki tej wolności w coraz bezczelniejszy sposób. A może by tak w końcu walnąć pięścią w stół i powiedzieć głośno "nie", zamiast zgadzać się potulnie na każdy nowy podatek, każdy nowy przymus, każdy nowy jedynie słuszny pogląd, który nam każą wyznawać? Dziś obwołają Jezusa królem w kraju, gdzie większośc stanowią de facto ateiści, a jutro wprowadzą częściowe niewolnictwo, albo obowiązek rodzenia dzieci dla kobiet, albo cokolwiek im tam przyjdzie do głowy. I co, znów nikt głośno nie zaprotestuje? Aż tak nam wszystko jedno?

Jak ktoś mądry powiedział, wolności nikt ci nie da. Wolność trzeba sobie wziąć samemu.

A przy okazji, ciekawe co sam Jezus na to wszystko. Zakładając, że żyje, patrzy i nie jest bezczynny, ciekawe jak zareaguje na wieść, że panowie posłowie chcieli go zapisać do PiSu. O ile go znam - a myślę, że go znam lepiej niż pan poseł Zawisza - nawet Jezus może stracić cierpliwość i dać wyraźnie do zrozumienia, co myśli o tym, że traktuje się go jako pionka na szachownicy polityki. Tak jak wtedy, kiedy po modlitwie o deszcz w Sejmie, przyszła powódź.

Ze złośliwym uśmieszkiem pozdrawia wszystkich, którzy kochają wolność,

wtorek, 28 listopada 2006
Z okazji zwycięstwa polskich siatkarzy z reprezentacją Rosji prezydent ogłosił trzydniową Euforię Narodową.

Do godziny 20-stej w piątek zawieszone zostają pogrzeby i operacje w szpitalach. Organizowane będą obowiązkowe imprezy masowe, a stacje telewizyjne zwiększą ilość program rozrywkowych. Pracownicy sklepów, restauracji i urzędów zobowiązani są do grania głośnej muzyki i ubierania się w jaskrawe kolory. W okresie Euforii Narodowej obowiązuje zakaz używania odzieży w kolorze czarnym.

Na zorganizowanej dziś po południu konferencji prasowej prezydent powiedział: "dziś cały kraj solidaryzuje się z tryumfem polskich siatkarzy". Wypowiedź spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. "Rząd zamierza przeznaczyć 100 tysięcy złotych z rezerwy budżetowej na dalszy rozwój polskiej siatkówki" - zadeklarował ubrany w pomarańczowy garnitur premier.

piątek, 24 listopada 2006
Według badań Rządowego Centrum Badań Opinii Publicznej 99% Polaków popiera trzydniową Żałobę Narodową.

Ankieta miała postać:

Proszę zakreślić właściwą odpowiedź:
  • Tak, popieram Żałobę Narodową, współczuję rodzinom ofiar i cieszę się, że wszystkie stacje telewizyjne pokazują na okrągło informacje z kopalni i jestem zadowolony(a), że nie ma żadnych programów rozrywkowych rekompensując to zwiększoną ilością reklam.
  • Nie, jestem nieczułym sk***synem, nie współczuję ofiarom tragedii w Halembie, nie mam w sobie ludzkich odruchów i ogólnie jestem p***nym egoistą.

Zachęcony tak niespodziewanym wynikiem badań Prezydent postanowił ustanowić każdy czwarty czwartek miesiąca Dniem Żałoby Narodowej. Najbliższa, grudniowa, Żałoba Narodowa odbędzie się ku czci ofiar utonięć (508 osób w 2005 roku), zaś w styczniu solenizantami będą ofiary gwałtów (aż 1987 ofiar). Ofiary zamarznięć najbliższej zimy muszą poczekać na swoją kolej aż do kwietnia.

niedziela, 12 listopada 2006
Dziś dzień wyborów samorządowych, w których to duża grupa ludzi głosuje na nie do końca wiadomo kogo. Niby stawia się krzyżyk przy nazwiskach, ale po pierwsze większość ludzi nie ma czasu ani ochoty zapoznawać się szczegółowo z kandydatami i zapamiętywać ich nazwiska, a po drugie ordynacja wyborcza jest trochę zbyt skomplikowana dla obywateli (w tym roku doszło jeszcze blokowanie, żeby zrobić jeszcze większy zamęt). Przypomnę, że większość obywateli stanowią funkcjonalni analfabeci (znaczy: umieją czytać, ale nie rozumieją, co czytają). Duża część z pozostałych dochodzi do wniosku, że głosowanie przy takim systemie i takich kandydatach nie ma większego sensu, więc oni głosować nie idą.

Podsumowując: znów głosuje się na partie, a nie na ludzi, chociaż propaganda rządowo-medialna głosi inaczej. Ludzie swoje, reżim swoje. Czyli wszystko po staremu.

Dziś mnie to jednak nie interesuje, bo skupiam się na czym innym. Otóż jutro pierwszy raz idę do pracy!

No, może nie do końca pierwszy, bo pracowałem już w wielu firmach, a w tej konkretnej już też wcześniej byłem zatrudniony. Dwa razy. Teraz będzie trzeci. Ale czuję się tak czy inaczj, jakby to był mój pierwszy raz, bo będę tym razem robić coś, czego do tej pory nie robiłem, coś zupełnie nowego, coś, co będę dopiero poznawał.

Lubię pierwsze razy. Smak potrawy ugryzionej pierwszy raz w życiu, przekroczenie pierwszy raz granicy na Wschód, pierwsza rozmowa z człowiekiem, którego się wcześniej nie spotkało, obejrzenie filmu, o którym się nic nie wie. Znacie to niepowtarzalne uczucie podekscytowania, kiedy szło się na kolejną część Gwiezdnych Wojnej do kina? Kiedy robi się ciemno i rozbrzmiewają pierwsze takty muzyki - niepowtarzalne uczucie. Kiedyś żałowałem, że nie mogę wymazywać z pamięci książek, które już przeczytałem. Bo mógłbym wtedy za każdym razem, czytając tę książkę od nowa, przeżywać wszystko po raz pierwszy.

Dla mnie te pierwsze razy to sama esencja życia. A zdolność do ekscytowania się tym czymś nowym z odrobiną strachu i podniecenia jest dowodem, że wciąż żyję, jeszcze ciągle żyję.

Cieszę się więc bardzo, że po tylu latach, które upłynęły od czasów mojego obcowania z Tomkiem Sawyer'em, Huckiem Finn'em i Winnetou, jestem wciąż w stanie czuć ten lekki strach i podniecenie na myśl o tym, co będzie jutro. Cieszę się, że nie wywietrzała ze mnie chęć szukania przygód (pierwszy dzień w pracy też jest przygodą!) i wiara, że wszystko jest możliwe, że wszystko może się zdarzyć. A przecież tak łatwo tą przygodowość stracić poddając się nudnej rytunie życia.

A może to nie rutyna jest zabójcza. Może to nasza chęć kontrolowania biegu wydarzeń zabija w nas życie. Staramy się zaplanować wszystko tak szczegółowo i tak pewnie, jak to tylko możliwe. A jeżeli nam się to, nie daj Boże, uda, to okazuje się wtedy, że nie pozostało nam już nic więcej do roboty, żadnych więcej decyzji do podjęcia - i sami na własne życzenie zamieniamy się w roboty. Najpierw się dobrze zaprogramować, a potem już tylko wykonywać plan. Szczyt wygody i bezpieczeństwa - przestać być człowiekiem i stać sie komputerem.

A ja tak nie chcę.

Nie chcę. Ale zdaję sobie też sprawę, z tego, że nie wystarczy tylko nie chcieć, trzeba to nie-chcenie wprowadzać w czyn, żeby się stało rzeczywistością. Ja robię to tak: dążę do niepewności, kiedy plan jest zbyt doskonały, uciekam z premedytacją od wygody i walczę z naturalnym dążeniem do maksymalnego bezpieczeństwa.

Dlatego na przykład do tej pory nie mam prawa jazdy i mieć nie chcę. Z premedytacją. Nie chcę jeździć własnym samochodem. To o wiele za wygodne, ergo: niebezpieczne.

Natura człowieka dąży ostatecznie do samodestrukcji, bo rzeczy, które nam się chce robić i mieć, niszczą nas, jeżeli je osiągniemy. Aby żyć, żyć naprawdę, trzeba postępować wbrew sobie. Wbrew naturalnym odruchom.

I myślę, że to postępowanie brew sobie czyni mnie człowiekiem bardziej niż cokolwiek innego. Wola, która stoi ponad naturalnymi skłonnościami. Wola, która powinna stać ponad naturalnymi skłonnościami.

Tak więc jutro idę do pracy pierwszy raz, robić coś, czego wcześniej nie robiłem. I przejmuję się. I jestem pełen obaw. Przeżywam to i nie jest mi to obojętne. I to także mnie cieszy.

Życzę wam wszystkim, którzy doczytaliście aż dotąd, jak najwięcej tych pierwszych razów. Żeby nowości nigdy się nie wyczerpały. Żebyście je przeżywali i cieszyli się tym przeżywaniem. Żeby obojętność i rezygnacja nigdy nie były waszym udziałem. Żebyście wysysali sok życia do ostatniej kropli.

Tego sobie i wam życzę w ostatnim dniu bezetatowego, mocno nieregularnego życia,

poniedziałek, 30 października 2006
Niedługo znów jakieś wybory. Chociaż nie jakieś, przepraszam, wiem jakie: samorządowe. Cokolwiek to znaczy. W moim pojęciu polega to na tym, że każe mi się wybierać, kto mnie będzie przez parę następnych lat okradał.

System demokratyczny z samej swojej natury jest hamulcem wszelkich zmian. Zwłaszcza w połączeniu z siłą oddziaływania ogłupiających środków masowego przekazu. Wypadkowa wszystkich działających sił redukuje się do zera, bo sił jest dużo i działają we wszystkich kierunkach. Skoro więc każdy ciągnie w swoją stronę, jest duża szansa, że będziemy stać w tym samym miejscu na wieki. A poza tym pomyślcie, tak na chłopski rozum: jak może dobrze działać system, w którym decydujący głos ma motłoch, a nie elity?

Mimo to, skoro już mamy takie reguły gry, a nie inne, trzeba to przyjąć do wiadomości. I może nawet warto zagrać w tę grę, pod warunkiem jednak, że naszym celem będzie nie: ugrać jak najwięcej dla siebie, ale: doprowadzić do zmiany gry. Mając tę myśl na uwadze, twierdzę, że warto i należy głosować. Ale czy w tym akurat wypadku?...

Albowiem w tym wypadku wybierać mam pomiędzy ludźmi, którzy mówią:
  • podniesiemy podatki
  • utrzymamy biurokrację
  • będziemy rozdawać jednym z tego, co zabierzemy innym
  • flaga będzie miała odcień bardziej biały niż czerwony
a ludźmi, którzy mówią:
  • podniesiemy podatki
  • utrzymamy biurokrację
  • będziemy rozdawać jednym z tego, co zabierzemy innym
  • flaga będzie miała odcień bardziej czerwony niż biały
To ja taki wybór, proszę państwa, pieprzę. Bo to tak, jakbym głosował na to, jaki gatunek komarów ma mi pić krew. Jeszcze czego! A niech się sk***ny same między sobą dogadają!

Może jeszcze jakbym mieszkał w Warszawie, to by był jakiś sens głosować. Tam w wyborach na prezydenta startuje Janusz Korwin-Mikke - a on proponuje, w odróżnieniu od innych, żeby osuszyć bagno, coby komary się więcej nie wylęgały. Program zmian reguł gry. Szkoda tylko, że tak mało ludzi zwraca uwagę na programy.

Albowiem ludzie w swojej tępej owczej masie nie głosują na poglądy, tylko na naszość. Który kandydat jest bardziej nasz, ten wygra. Fakt, że poglądy w jakimś małym procencie też wpływają na poziom naszości, ale w nie większym stopniu niż, dajmy na to, kolor krawata. Dlatego, aby wygrać jakiekolwiek większe wybory, trzeba umieć manipulować tłumem, wykorzystując cynicznie jego tępotę, lęki i uprzedzenia. Niestety, Janusz Korwin-Mikke zbyt się takimi praktykami brzydzi i zupełnie niepotrzebnie zakłada, że ludzie bardziej myślą niż czują i że samym programem da się wygrać. Idealizm to piękna rzecz, tak. Ale w życiu wygrywają realiści, nie idealiści.

Kiedy tak snuję w myślach rozważania o naprawie Rzeczpospolitej, kiedy analizuję wszelkie możliwe sposoby naprawy państwa i ratunku przed nadchodzącą powoli, ale nieubłaganie katastrofą finansową, widzę tylko jedną realną prognozę na przyszłość: musi się to wszystko w cholerę zawalić. I niech się wali, skoro nie ma innej rady. Będzie wreszcie okazja naprawić fundamenty. Obyśmy tylko znów tej okazji nie zmarnowali.

Miłego dnia.

wtorek, 26 września 2006
Formalnie rzecz biorąc nie mam wykształcenia wyższego.
Moja ciekawa i pełna dramatycznych zwrotów akcji historia edukacji doszła w najdalszej swojej fazie do 2/3 licencjata. Może by i doszła do 3/3, jakby mi w międzyczasie nie zamknęli szkoły, ale po latach myślę, że dobrze się stało. Zmarnowałbym rok, a tak zaoszczędziłem czas i pieniądze.

Wiem, że większość ludzi powiedziałoby, że zmarnowałem dwa lata nie ukończywszy studiów. Cóż, ja twierdzę, że właśnie dzięki temu oszczędziłem rok. Kwestia percepcji. Albo raczej kwestia wyczucia rzeczywistości.

Byłem na uczelni prywatnej, państwowej i prywatno-państwowej. Byłem na studiach magisterskich, na studiach licencjackich i studium pomaturalnym. Krótko mówiąc, doświadczyłem więcej niż standardowy polski "poważny" informatyk, którego życiorys można streścić na chusteczce do nosa. Doświadczenie okazało się nadar pożyteczne, jako że dzięki niemu, z upływem czasu, oczywistym stawał się fakt, że byłem dotąd idiotą. Pełnym dobrych chęci, przekonanym do swoich racji i strasznie naiwnym.

Ludzie mówią, że najlepsze są studia państwowe, a na prywatnych niczego się nie da nauczyć. Okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Ludzie mówią, że najwięcej nauczę się na dziennych studiach magisterskich, a najmniej na dwuletnim technicznym studium. Znów - zupełnie odwrotnie. Ludzie mówią, że najważniejszy jest dyplom ukończenia studiów, a przerywanie studiów przed końcem jest straszną głupotą. I też jest odwrotnie! Okazało się, że w ostatecznym rozrachunku liczą się umiejętności, wiedza i doświadczenie, a dyplom jest, owszem, bardzo potrzebny, ale tylko w firmach i instytucjach państwowych, do których mam organiczny wstręt. Nawiasem mówiąc, skąd te państwowe firmy biorą informatyków? Ostatnio natrafiłem w gazecie na ogłoszenie urzędu skarbowego, który poszukiwał informatyka. Podczas gdy normalna firma prosi zwykle o CV, list motywacyjny i może jeszcze jakieś porfolio, ów państwowy fenomen wymagał kserokopii dokumentu tożsamości, dyplomu ukończenia studiów, świadectwa pracy z poprzednich firm, życiorysu, informacji o niekaralności oraz gotowości do poddania się jakiejś bliżej niesprecyzowanej procedurze sprawdzenia, czy nie jest się agentem, aferzystą, mafiozem i wielbłądem. A to tylko w ramach zgłoszenia kandydatury na stanowisko informatyka, który miałby instalować Windows, MS-DOS (sic!), podłączania drukarek i administrowania bazą danych. Czy oni myślą, że w Polsce są rzesze bezrobotych informatyków, którzy przymierają głodem?

Cieszę się więc, że nie straciłem czasu i pieniędzy na generowanie nikomu niepotrzebnej pracy licencjackiej na temat "filozoficzne aspekty architektury klient-serwer w aplikacjach wielowątkowych", którą pozna pobieżnie 5 osób na ziemii, tylko po to, żeby móc mi legalnie wręczyć kawałek papieru. Podczas licznych rozmowów kwalifikacyjnych, w których od tamtego czasu brałem udział, miałem okazję przekonać się na własnej skórze ile faktycznie wart jest taki papier. Ale nie zdradzę wam ile. Nie chcę psuć niespodzianki tym, którzy jeszcze studiują.

Odczuwam więc na widok studentów polonistyki, filozofii et hoc genus omne dziką, sadystyczną radość. Wiem, że powinienem czuć się względem nich gorszy jako nie-magister i nie-licencjat, ale jakoś nie mogę. Za bardzo rozwesela mnie wymyślanie rzeczy, które ci dzielni magistrzy będą mogli zrobić ze swoim dyplomem po 5 latach ciężkiej pracy.

Bo co można zrobić z dyplomem magistra?
  • chwalić się nim sprzedając cheeseburgery w McDonald's ("panie magistrze, gdzie te frytki?", "już się robią, panie docencie")
  • powiesić go sobie nad kasą w Tesco, ku przestrodze dla młodzieży
  • użyć w celach marketingowych ("dzień dobry, jestem doktor habilitowany magister Jan Nowak, i chciałbym panią zainteresować tym wspaniałym, nowym odkurzaczem")
  • przyczepić do wózka z obważankami
  • trzymać na ciężkie czasy, kiedy to znowu nie będzie można kupić papieru toaletowego
  • użyć w nazwie firmy ("Kebab u Magistra")
  • pracować jako informatyk w Urzędzie Skarbowym
To ostatnie jest szczególnie drastyczne. Przepraszam osoby o słabych nerwach.
Zapraszam do dopisywania kolejnych propozycji w komentarzach.

Technik Informatyk ze specjalnością w Zarządzaniu oraz 2/3 Niedoszłego Licencjatu Komputerowych Metod Zarządzania i Administracji na wydziale Marketingu i Zarządzania Profesjonalnej Szkoły Biznesu,

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).