Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

czwartek, 07 września 2006
Oglądałem przed chwilą program "Co z tą Polską" Lisa. Gościem był Roman Giertych, więc było ciekawie. Niekoniecznie mądrze, niekoniecznie merytorycznie, niekoniecznie przełomowo - ale ciekawie na pewno.

Jedną ciekawą obserwację poczyniłem. Prowadzący oddał w którymś momencie głos publiczności i wtedy jeden uczeń mówi tak:
- Jest mi wstyd, że mamy ministra, który jest symbolem nietolerancji, obskurantyzmu i czegoś-tam jeszcze, bla, bla, bla...
Większa część publiczności nagradza mówcę rzęsistymi brawami.
Na to drugi uczeń o wyglądzie przedwojennego maturzysty, uczesany, ulizany elegancko, w nienagannym garniturze, bierze mikrofon i mówi:
- A ja jestem dumny, że mamy takiego ministra!
Druga część publiczności klaszcze głośno i wznosi okrzyki poparcia.
Pogadali.

O, i tak właśnie wygląda dialog w Polsce: jeden mówi swoje, drugi mówi swoje, i tyle. Pogadali. Każdy powiedział, co miał do powiedzenia i nawet nie usłyszał, że ten drugi też coś powiedział. I zamiast się poznawać, starać zrozumieć, dogadywać - każdy po prostu mówi swoje, starając się przebić drugiego erudycją i amplitudą fal dźwiękowych.

No bo czy tak nie prościej? Dogadywanie się wymaga przecież tyle wysiłku. Polski sposób jest lepszy: kto powie głośniej, ten ma rację. A nawet jak nie ma racji, to jego rację bardziej słychać. I wtedy jego racja, nawet jak nie jest racją twoją, to jest bardziej mojsza niż racja twojsza, bo moja racja jest racja najmojsza, jak powiadają autorytety. Amen, brawo, alleluja, tak nam dopomóż Bóg.

W sumie aż tak bardzo mnie to nie rusza, jestem przyzwyczajony. Znam polską mentalność lepiej niżbym chciał. Czasem tylko sobie myślę z przerażeniem, że jak nam ten Bóg nie dopomoże, to naprawdę źle się to wszystko skończy. Nie pierwszy raz. I obawiam się, że nie ostatni.

Wszystkiego dobrego.
niedziela, 03 września 2006
Pośród wielu cech negatywnych ludzi czołowe miejsce (tuż obok głupoty) zajmuje brak dystansu do siebie.

Co rozumiem przez "brak dystansu"? Ano z brakiem dystansu mamy do czynienia wtedy, kiedy dany osobnik:
  • traktuje się śmiertelnie poważnie
  • nie potrafi się śmiać z siebie
  • przejmuje się zupełnie nieproporcjonalnie do wagi sprawy
  • uważa, że go atakujesz, kiedy ty tylko żartujesz
  • wytyka negatywne cechy u innych, ale kiedy jemu zwrócić uwagę na tą samą cechę u niego, traktuje to jako atak na siebie, obraża się i żąda natychmiastowych przeprosin i zadośćuczynienia krzywd
  • przy byle konflikcie o byle pierdółkę, zamiast porozmawiać na luzie i szukać porozumienia, wytacza cieżkie działa, grozi procesem, sądem, pobiciem, nasłaniem ruskiej mafii, itd.
Właściwie dwa pierwsze punkty wystarczają już za cały opis.

Tego typu osoby są jak wrzód na dupie. Są jak stado brzęczących much, co lata bez przerwy nad głową i zatruwa życie. Są jak wieczna, niekończąca się biegunka. Są jak piasek w chlebie, jak kość w kiełbasie, jak wielkie, śmierdzące gówno na środku placu zabaw.

Gdyby nie było ludzi cierpiących na brak dystansu do siebie - bo uważam to za chorobę - o ileż świat byłby piękniejszy! Ileż spraw by można załatwić, ileż błędów naprawić, z iloma osobami dogadać, gdyby tylko ludzie tak poważnie się nie traktowali. Gdyby, zamiast obrażać się na siebie o byle co, niczym dzieci w piaskownicy, obracali sprawę w żart.

Bo przecież - przyznacie to chyba - jeżeli jesteśmy bezsilni w wielkich rzeczach, to co za sens przejmować się mniejszymi?

Wszyscy jesteśmy zaledwie ludźmi i umieramy od dnia narodzin. Jednemu to zajmuje dzień, innemu 100 lat - ale dzielimy tę samą bezsilność wobec śmierci, bólu, choroby, cierpienia, przemijania i erozji wszystkiego pod słońcem. Dystans polega właśnie na tym, żeby mieć to na uwadze i przejmować się rzeczami adekwatnie do ich wagi.

Co doradzam absolutnie wszystkim, bez wyjątku. Inaczej będziecie wiecznie nieszczęśliwi i bardzo męczący dla otoczenia.

Unikajcie ludzi bez dystansu do siebie, przyjaciele. Są udręką ducha.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Douglas Adams napisał w "Autostopem przez Galaktykę", a raczej powiedział ustami jednego ze swoich bohaterów, że ludzie mają niezrozumiałą tendencję do mówienia rzeczy oczywistych. Przykład: idą dwaj faceci ulicą, nagle zaczyna padać deszcz i jeden mówi do drugiego: "o, deszcz pada". Albo leżą dwie panny na plaży, 35 stopni w cieniu, i nagle jedna mówi do drugiej: "ale gorąco". No na miłość boską: czy ta druga o tym nie wie? Po cholerę o tym informować? Albo jadą ludzie samochodem, nagle mijają tabliczkę z napisem "Kraków", z wielkim godłem Krakowa powyżej (nie da się nie zauważyć) i wtedy jeden mówi: "jesteśmy w Krakowie". No fakt, jesteśmy. Brawa za spostrzegawczość i błyskotliwość. Powinien też dodać: "jedziemy samochodem" albo "ziemia jest okrągła".

Nie wiem czy to ludzkość stępiała, czy to mnie się mózg zbytnio pofałdował, ale od jakiegoś czasu bardziej niż zwykle irytują mnie przejawy braku wyobraźni, empatii, zdolności wnioskowania, kojarzenia faktów i dedukcji u bliźnich. Objawy te zwane są potocznie głupotą, ale wolałem użyć precyzyjniejszego opisu, jako że niektórzy są do tego stopnia głupi, że nie rozumieją nawet znaczenia słowa "głupota". Nie mówię tu oczywiście o tobie, drogi czytelniku, oczywiście, że nie chodzi o nikogo z nas. To nie my. To oni.

Wracając do tematu: co jest przyczyną wygłaszania owych błyskotliwych uwag o tak niezwykłych walorach informacyjnych? Myślę, że odpowiada za to jedna z dwóch rzeczy: brak wyobraźni albo niepohamowana chęć gadania. To pierwsze jest domeną mężczyzn, to drugie kobiet. Chociaż właściwie... czy ja wiem? Po krótkim przemyśleniu, zmieniłem zdanie i stwierdzić muszę, że obie te ułomności są domeną kobiet. Wie to dobrze każdy Bogu ducha winny kierowca, który miał okazję widzieć poczynania niektórych pań za kierownicą. Przy czym nie mówię tu o wyjątkach (bo znam też znakomite kobiety-kierowców), ale o ogóle. A na ogół to kobietom zwykle brakuje wyobraźni, albo też mając ją, nie umieją właściwie użyć, albo umiejąc używać, nie chcą tego robić, albo też po prostu są głupie i tyle. I potem jedna z drugą irytuje człowieka bezmyślnymi uwagami albo zamęcza trajkotaniem o rzeczach tak nudnych, że oglądanie obrad Sejmu wydaje się bardzo atrakcyjną alternatywą w porównaniu.

Nie żebym się uwziął tutaj na kobiety - zdarzają się przecież też mężczyźni chorujący na genetyczny brak wyobraźni, co jest szczególnie żałosne i upierdliwe. Kiedy taki zamęcza cię opowieściami, które w jego mniemaniu są niezwykle zajmujące, ale przez swój chroniczny brak wyobraźni nie domyśla się, że dla wszystkich innych są one w najlepszym razie zupełnie niezrozumiałe, kiedy więc opowiada, że Rysiek z Władkiem poszli do Józka, a tam Ola z Frankiem siedzą i oglądają zdjęcia z Chorwacji, a ty nie znasz Władka, Józka, Oli ani Franka i gówno cię teraz obchodzi Chorwacja, bo akurat się zaczyna twój ulubiony serial w telewizji - to wtedy właśnie pojawia się w tobie nagłe uczucie litości, i zaczynasz poważnie się zastanawiać czy nie odstrzelić mu tego pustego, bezmyślnego łba z Magnum kaliber 44, żeby się chłop dłużej nie męczył, a wszyscy jego znajomi i krewni, po krótkim żalu spowodowanym wydaniem kilkuset złotych na koszty pogrzebu, doznali wielkiej i długotrwałej ulgi.

Takiego też szczególnego uczucia litości doznaję czasem i ja, gdy obcuję z ludźmi obu płci, którym nie chce się zadać sobie minimum trudu i zastanowić  się szybciutko, czy to, co właśnie zamierzają powiedzieć, jest w ogóle sens mówić. Bo może to będzie śmieszne, że boki zrywać, ale tylko dla tego, kto to mówi. Albowiem dobrze jest pomyśleć przed powiedzieniem czegoś po co się to mówi. Bo inaczej rozmowa może zmienić się w zbiór monologów, gdzie każdy coś mówi, a nikt nikogo nie słucha. Można się wtedy co prawda wygadać, ale nic poza tym. Niektórym to zupełnie wystarcza - mi nie. Ja jestem miłośnikiem rozmowy, dialogu i kontaktu w obie strony. Jestem gorącym zwolennikiem trybu full duplex. Ci, co jeszcze tego nie próbowali - radzę spróbować. Chociaż wiem, że może to być niełatwe, zwłaszcza jeżeli ktoś latami praktykował kontakty bilateralne polegające na tym, żeby gadać jak najdłużej i jak najgłośniej, dopóki ktoś inny cię nie zagłuszy i będziesz musiał znów czekać na swoją kolej.

No, powiedziałem swoje. Teraz chętnie posłucham co wy macie do powiedzienia - proszę, sypcie komentarzami jak z rękawa.

Wielu długich, wartościowych i przede wszystkim dwustronnych rozmów życzy wam wszystkim,

poniedziałek, 17 lipca 2006
Kiedy miałem 15 lat, uważałem 18 lat za wiek dojrzały, zaś przekroczenie dwudziestki za późną starość. Kiedy zbliżałem się sam do dwudziestki, łudziłem się nadzieją, że nie dożyję 25-tych urodzin, gdyż nie chcę być zgrzybiałym staruszkiem. Dożyłem, niestety. Nawet przekroczyłem. Przyznaję, że tego nie przewidziałem. Teraz mam 29 lat i przestaje mnie już bawić ta zabawa w wyznaczanie granicy starości i przesuwanie jej dalej za każdym razem jak ją przekraczam.

Myślę, że paniczny strach przed katastroficznym końcem młodości przeszedł na osobników męskich od kobiet. Widomo bowiem powszechnie, że dla kobiety młody wygląd jest nieporównywalnie ważniejszy niż dla mężczyzny, jako że dojrzałość mężczyznom nie szkodzi, a jeżeli już to niewiele. Kobiety nie przykładają tak dużej wagi do wyglądu mężczyzny jak mężczyźni do wyglądu kobiety. To naturalne. Nawet te kobiety, które twierdzą, że wygląd nie jest najważniejszy i nie przywiązują do niego żadnej wagi wydają przerażające sumy na szminki, pudry, kolczyki, urządzenia do ujędrniania tego i owego i inne różności do poprawy wyglądu. Krótko - dla kobiety młody wygląd jest ważny, a jego utrata jest katastrofą. Jako, że kobieta z natury próżną jest. Piękną, acz próżną jest, amen.

I dlatego jest zrozumiałe, że kobieta przejmuje się swoim wiekiem. Ale dlaczego, do cholery, mężczyźni się swoim wiekiem przejmują? Tego nie rozumiem. Mężczyzna wszak z wiekiem nabiera plusów, a pozbywa się minusów. "Mężczyzna" - to brzmi dumnie! "Chłopak" - to brzmi... eee... mniej dumnie. No pomyśl sam, jak się czujesz, kiedy kobieta mówi o tobie "mój mężczyzna", a jak kiedy mówi "mój chłopak". Jest różnica!

Najdziwniejsze w nabieraniu dojrzałości (brzmi lepiej niż: "w starzeniu się") jest to, że chociaż jesteś 10 lat starszy niż 10 lat temu, w środku nie czujesz żadnej różnicy. No w każdym razie ja (wiele osób mówiło mi to samo, więc chyba nie tylko ja). Wewnętrznie jestem ciągle tą samą osobą, tyle że 10 lat później. Ale nie czuję się starszy. Ani trochę. Czuję się tylko mądrzejszy, tą mądrością jaką góruje praktyka nad teorią. Wiem już na przykład z praktyki, że studia są na ogół gówno warte i w pierwszej pracy, pierwsze co trzeba zrobić to zapomnieć wszystko, czego się nauczyłeś na studiach. Wiem z życiowego doświadczenia, że kobieta - wbrew filmowym radom autorytetów z Hollywood - wcale nie jest najważniejsza w życiu mężczyzny, tak się tylko wydaje, póki jej nie ma. Praktyka uczy, jak ważne w życiu jest poczucie humoru i dystans do siebie, a doświadczenie pokazuje, które rzeczy są naprawdę ważne, a które mało istotne. I z biegiem czasu okazuje się, że jest odwrotnie niż myśleliśmy na początku. I dobrze! Na tym właśnie polega życiowa mądrość. To jest błogosławiony owoc dojrzewania. Owoc starzenia się.

Przysłowie mówi: "gdyby młodość wiedziała - gdyby starość mogła". Dobrze powiedziane. Chociaż dzisiaj pewnie większości ludzi brzmi w głowach: "gdyby młodość miała kasę - gdyby starość miała wygląd", co pokazuje jak pusty i absurdalny zrobił się świat, w którym żyjemy. Nic dziwnego, że ludzie są coraz mniej szczęśliwi, chociaż mają coraz więcej.

Ja, jako 29-latek, z jednej strony zdaję sobie sprawę jak koszmarnie byłem głupi (chociaż pełen dobrych chęci) 10 lat temu i o ile jestem teraz mądrzejszy, a z drugiej strony widzę jak dużo mi jeszcze brakuje doświadczenia i mądrości życiowej, którą bardzo sobie cenię. Ostatnio pęta mi się w ogóle po głowie myśl, żeby zacząć palić fajkę, bo to dodaje mądrości życiowej. Już samo to świadczy dogłębnie o mojej głupocie, że fajka miałaby dodawać mądrości. Aczkolwiek faktem jest, że człowiek pykający fajkę faktycznie wygląda jak ktoś, kto ma wiele mądrych rzeczy do powiedzenia. Może to tylko złudzenie optyczne, ale na przykład za cholerę nie potrafię sobie wyobrazić Leppera z fajką.

Ale znów odbiegłem od tematu. Chciałem powiedzieć, że w wieku 29 lat nie jest się starym. Ba - nawet w wieku 40 lat nie jest się starym! Starość to określony stan ducha, a nie wiek biologiczny. Znałem 18-stolatków, którzy byli starzy, i człowieka powyżej 50-tki, który był młodszy niż większość moich rówieśników.

Bo sztuka w tym, żeby starzejąc się, nie stracić, a zyskać. Nie stracić radości życia, ciekawości i zdolności do zmian, a zyskać doświadczenie, wiedzę, mądrość i dojrzałość. Wtedy można być młodym będąc starym, i odwrotnie. Znam takich ludzi - naprawdę warto ich poznać. Mam nadzieję, że kiedyś też taki będę. Póki co, ciągle straszny ze mnie gówniarz.

I tym smutnym stwierdzeniem żegna się z wami,

wtorek, 11 lipca 2006
Dlaczego ostatnio nie piszę? Bo nie mam czasu. A dokładniej mówiąc mam chwilowo ciekawsze rzeczy do roboty. Pożyteczniejsze.

Po Wielkiej Zmianie w moim życiu, która miała miejsce w lutym 1994 roku, tak się jakoś stało, że w niewytłumaczalny, albo bardzo naturalny sposób, zaangażowałem się w fascynującą dziedzinę kontaków interpersonalnych. Z zamkniętego w sobie introwertyka unikającego ludzi zmieniłem się podejrzanie szybko psychologicznego filantropa, którego poznawanie ludzi pasjonuje w najwyższym stopniu. O wiele bardziej wolałem więc rozmawiać z kimś na żywo niż pisać maile, SMSy, artykuły, blogi itp. Tym dziwniejsze jest to, że narodził się we mnie równocześnie głód pisania.

Przez ostatnie lata z różnych przyczyn, zewnętrznych głównie, nastąpiła w moim życiu susza w kontaktach osobistych. Czas jaki spędzałem na rozmowach i ogólnie byciu z ludźmi zmniejszył się tak bardzo, że zacząłem głodować.

Znacie to uczucie, kiedy człowiek jest tak zmęczony, że nie może spać? Albo odkrywacie jak bardzo jesteście głodni dopiero jak poczujecie zapach jedzenia? Tak samo bywa z człowiekiem, który odzwyczaił się od częstych kontaktów z innymi ludźmi. Brakuje mu tego bardzo, ale nauczył się z tym żyć. Ale od początku świata aż do końca to była, jest i będzie jedna z największych potrzeb człowieka - potrzeba kontaktu z innymi ludźmi.

Teraz, będąc na obozie, najadłem się nieźle tego bycia z ludźmi, ale w miarę jedzenia apetyt wzrasta. Więc podejrzewam, że będzie mnie teraz nosiło i będę bywał więcej wśród ludzi. A to oznacza prawdopodobnie, że znów nie będę pisał.

Chociaż z drugiej strony istnieje jakiś dziwny związek pomiędzy intensywnością kontaktów między-ludzkich w moim życiu, a chęcią pisania. Przecież najwięcej pisałem w momentach obfitości interpersonalnej, a nie posuchy towarzyskiej, jakby się mogło wydawać. Bycie z ludźmi zwiększa we mnie chęć pisania, a zmniejsza ilość wolnego czasu. Dziwna sprawa. Teraz też odczuwam wielką ochotę, żeby wrócić do przerwanej "Teorii Portali" i dokończyć ją w końcu. Więc kto wie, może więc jednak będę pisał?

Ale póki co jest dziś gorąco, lato, niebieskie niebo, nie jest to więc pora na przejmowanie się czymkolwiek. Wstał dziś dzień, a ja ciągle żyję i nic mnie nie boli. Czy to nie jest dobry powód, żeby się cieszyć? Chyba pójdę to uczcić. Najpierw do McDonalda, a potem na piwo. Z kupą ludzi, rzecz jasna. The more the merrier! To idę. Cześć.

wtorek, 23 maja 2006
Fajni ludzie umierają. Bedzie wojna.

Ludzie umierają. I wbrew powszechnemu poglądowi, że śmierć jest ostatecznym nieszczęściem na które nie może być zgody i przyzwolenia, ja uważam, że to rzecz normalna, którą należy zaakceptować. Kiedy stykamy się ze śmiercią w życiu, reagujemy często zaskoczeniem i zdziwieniem: no jak to? To kupowanie towarów prezentowanych w reklamach przez wiecznie młodych, zawsze pięknych aktorów kiedyś się skończy? Skończy się każda kłótnia, każda szczytna idea, każdy rozkręcony biznes? I dziwimy się, że stara dobra śmierć przyszła, zupełnie taka sama jak w średniowieczu i w starożytnym Rzymie, taka sama u Żydów, Niemców i Ruskich, tak samo lewicowa jak i prawicowa. Dziwimy się, bo jakoś zapomnieliśmy o tym nieuchronnym wydarzeniu, które każdego z nas spotka. Jezus to podsumował: "cóż bowiem za korzyść dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?"

Umarł właśnie Kazimierz Górski. Jakoś w ostatnim czasie dużo ludzi, których warto znać, warto słuchać, opuściło ziemię. Jacek Kaczmarski, Karol Wojtyła, Hanka Bielicka. Co to znaczy, że tylu wielkich, bo nieprzeciętnych ludzi odchodzi jeden po drugim? Może nic. A może Bóg ich zabiera, żeby im oszczędzić tego, co będzie. Może jakaś wojna? Kataklizm? Zaraza ma przyjść?

Może z resztą nic z tych rzeczy, może to tylko stary świat przemija. I mam wrażenie - i chyba nie tylko ja - że ten stary świat był nieporównywalnie bardziej bogaty i wartościowy niż ten, który przejął jego miejsce. Ta żałosna karykatura pięknego świata, który odszedł, a z którą się codziennie zmagamy już sami: bez Jacka, Karola, Hanki i Kazimierza.

Oni już umarli, oni już nic nie zmienią. Ale my żyjemy. Jeżeli my nie stworzymy nowego świata, takiego, w którym warto żyć, takie, który będą pamiętać ci, co przyjdą po nas - to nikt inny tego nie zrobi. Czy kiedy my będziemy umierać, nasi synowie powiedzą, że jednak coś było w tym świecie, który właśnie przeminął?

Szczerze mówiąc wątpię. Ale zawsze zostaje nadzieja. Chociaż gdybym miał stawiać na to własne pieniądze, nie dałbym złamanego grosza - za mała szansa na wygraną.

Długiego życia życzę,

czwartek, 18 maja 2006
Ostatnio bywałem w paru sieciowych miejscach typu Web 2.0 (wikipedia, grono.net, wykop.pl, różne blogi itp.). Są to miejsca, gdzie internauci są nie tylko odbiorcami, ale mają aktywny wpływ na zawartość serwisu, współtworzą, a nie tylko czytają. Można na postawie tego próbować poznać, kim są i jacy są internauci. Poczynione w w ten sposób obserwacje zmusiły mnie do ponownego zastanowienia się nad zagadnieniem "Czym jest internet" (chodzi mi tu o internet jako zbiorowość ludzi, a nie zwoje kabli oplatających tony metalu i kilogramy kwarcu).

Otóż stwierdzić należy, że internet w większej części składa się z niedorozwiniętych umysłowo półanalfabetów bez własnych poglądów, zasad i życiowych celów. Powiedzenie, że przeciętny internauta jest dojrzały niczym zielone jabłko byłoby wysoce nietrafne - przeciętny internauta przejawia dojrzałość co najwyżej pestki. Typowy bywalec stron internetowych wnosi tyle wartościowych rzeczy do każdej dyskusji, ile mrówka do stodoły, zaś jego ego osiągnęło rozmiary World Trade Center i rośnie dalej. Krótko mówiąc, typowy internauta jest tępym, bezmyślnym idiotą, przeciętnym do obrzydliwości, kretynem, który stara się za wszelką cenę wykazać swoją wyjątkowość, zamiast zamknąć gębę i uczyć się od innych.

Dziś czynność tępego klikania w kolejne linki zajęła miejsce bezmyślnego przerzucania kanałów pilotem od telewizora, tak popularnego wśród starszego pokolenia, które będąc wcale nie bardziej rozwiniętym umysłowo, przejawiało chociaż czasem oznaki zainteresowania czymś, na czym mu zależało. Przeciętnemu internaucie zależy głównie na tym, żeby ktoś dostarczył mu rozrywki, możliwie szybko i możliwie tanio, zaś światopogląd ogranicza się do totalnych, bo zupełnie bezkrytycznych, ataków w formie pomyj wylewanych na łeb któregoś z polityków, najchętniej jeszcze głupszego od tego, kto go krytykuje (coraz mniej już takich). Wszelka rzeczowość, innowacyjność, cierpliwość, pracowitość, szacunek do rozmówcy nie mają w internecie racji bytu.

Z tych odpadków masowej "kultury" tworzonej przez MTV, Polsat i RMF-FM powstało główne jądro internetu - morze umysłowych kalek, rzesza zombie, których wszystkie procesy życiowe podporządkowane zostały potrzebie konsumpcji. Nie umieją oni pisać, czytać, składać myśli, wyciągać logicznych wniosków, samodzielnie myśleć ani ze sobą rozmawiać. Wszystko, co z siebie dają jest szybkie, uproszczone i jest kopią z kopii z kopii - co widać dobrze po stylu pisania. To właśnie oni tworzą internet - koszmarne wysypisko informacyjnych śmieci, które z założenia miało być platformą rozwoju wolnej, niczym nie skrępowanej myśli ludzkiej. Niestety, znów okazało się, że z próżnego i Salomon nie naleje - trzeba najpierw mieć coś samemu w środku, żeby móc dawać innym. Tej "myśli ludzkiej" jest zadziwiająco niewiele, większość stanowią niezdarne próby pokazania własnej pępkoświatowości milionom innych pępków świata. Na szczyty wybija się nie to, co najlepsze i najwartościowsze, ale to, co najgłośniejsze - tu akurat internet nie różni się niczym od świata poza nim. Na szczytach więc panoszy się pogryziona, przerzuta i przetrawiona, masowo produkowana tandeta w pięknym, przyciągającym wzrok opakowaniu, zaś prawdziwe perły - a nie jest ich wiele - toną w gnojówce. Twórcy tej gnojówki - leniwe i puste umysły wychowywane latami przez reklamy na poprawnych konsumentów - żywią się gnojówką, oddychają gnojówką i wydalają gnojówkę. Internet - gnojówkowe perpetum mobile!

Tak więc ostatecznie doszedłem do wniosku, że internet na dzień dzisiejszy składa się w głównej mierze z bezwartościowego badziewia w przyciągającym wzrok opakowaniu, wchłanianego na pół świadomie przez tłum egocentrycznych debili. Tak, tak, od czasów ArpaNet i początków internetu wieeele się zmieniło. Trzeba być na bieżąco, żeby nie stracić łączności z rzeczywistością, bo skutki tego mogą być fatalne (spotkało to na przykład biednego pana Giertycha).

Oczywiście wizja takiego internetu nie napawa optymizmem. Ale z drugiej strony działa jak katharsis, a człowiek, który zaakceptował rzeczywistość jest zwykle spokojniejszy.

Wniosek na koniec płynie taki: jeżeli nie da się zmieniać rzeczywistości, się można z niej, metodą Sowizdrzała, śmiać. Byle tylko tak jak on nie skończyć na stosie...

Czego sobie i wam życząc, żegna sie z głębokim westchnieniem,

czwartek, 11 maja 2006
W starożytnym Rzymie rządzono metodą "chleba i igrzysk". Do dzisiaj ta koncepcja została, zmieniły się tylko narzędzia: "pracy i telewizji", tudzież "zasiłku i wyborów".

Jak w Polsce można nie gadać o polityce? Można tylko pod warunkiem, że się ma z nią wiele wspólnego i od niej nie zależy nasze codzienne życie. Ale czyje życie w Polsce nie zależy od polityki i państwa?

48 tysięcy urzędników ZUSu - zależy od państwa. Ponad 100 tysięcy urzędników administracji państwowej, urzędów skarbowych itd. - jak najbardziej. Tak samo wszyscy pracownicy wszystkiego, co państwowe lub dotowane przez państwo: nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, kolejarze, hutnicy, policjanci, wojskowi. Również wszyscy emeryci, przedsiębiorcy i samozatrudnieni. Oni wszyscy są skazani na interesowanie się polityką. Bo każda drobna zmiana na górze może spowodować, że za chwilę stracą pracę, mieszkanie, firmę, premię, przywileje itd. I dlatego zmuszeni są interesować się polityką.

Do dupy z takim państwem.

W normalniejszym kraju zwykły człowiek olewa z góry na dół tych, co siedzą na wysokich stołkach, zostawiając im kierowanie krajem, bo ma zaufanie, że się na tym znają. I ma rację - faktycznie się znają, bo w większości są do tego szkoleni i przygotowywani. Mają też dobre wzory, mają się od kogo uczyć i zdają sobie sprawę z odpowiedzialności za innych. A tu od kogo rządzący mają uczyć? Od dawnych komunistów? Od elektryka Wałęsy? Od chłopa Leppera?

Srał ich pies - chciałbym powiedzieć, a ze mną każdy człowiek, który chciałby żyć swoim własnym życiem, a nie życiem tych cholrych na megalomanię pępków świata, co dorwali się do władzy. Srał ich pies i Bóg z nimi - ja mam własne życie, o wiele ciekawsze. Niestety, nie mogę tak powiedzieć, bo ci, co srał ich pies, wchrzaniają mi się do życia przy każdej okazji, zabierają mi ponad połowę tego, na co ja pracowałem sprytnymi podatkami i przeszkadzają przy każdej próbie wychylenia się o centymetr ponad bierną przeciętność. Zmuszony więc jestem interesować się polityką - po to żeby chronić własną skórę.

Większość z was jest już tak zmęczonych i zdegustowanych polską polityką, że nie chcecie patrzeć na to co sie dzieje na górze. Rozumiem was dobrze. Ale to błąd. Bo po pierwsze ci na górze mogą wam zrobić brzydkie kuku i dobrze jest zorientować się w porę co się dzieje, żeby tego uniknąć. A po drugie - bo możecie coś zmienić. Ba, nie coś - wszystko! Ale do tego musisz znać sytuację, musisz wierzyć, że możesz coś zmienić i musisz mieć odwagę, żeby spróbować. A przede wszystkim - musi ci się chcieć i musi ci zależeć.

W 9 przypadkach na 10 nie chce ci się i masz to wszystko gdzieś. I albo zamierzasz wyjechać, albo zamierzasz narzekać i nic nie robić. W pierwszym przypadku rozumiem cię dobrze i życzę powodzenia. W drugim - wybacz, ale to prawda - czuję do ciebie lekką pogardę. Wiem, że to zgoła niechrześcijańskie uczucie, ale jednak uzasadnione. Człowiek, który nie próbuje zmieniać siebie ani świata wokół siebie jest praktycznie martwy. A ten, kto narzeka, a nic nie robi zasługuje na wszystko, co go spotyka. Taki człowiek jest godny litości.

Moherowe babcie wspierając Radio Maryja jak mogą, wpłacając po parę złotych na rachunek Ojca Rydzyka, zmieniły rzeczywistość w Polsce. Dziś praktycznie cała władza w Polsce (oprócz sądowniczej) jest skupiona w rękach ludzi dla których priorytetem są Kościół i Ojczyzna, którzy wszystkim chcą narzucić swoje idee, a za właściwe metody rządzenia uważają zakazy, nakazy, dyscyplinę, centralizację, posłuszeństwo i jak największą kontrolę Państwa. Ci ludzie rządzą z mandatu babć z Radia Maryja, którym zależało i z mandatu biernych, nie interesujących się polityką ludzi, którym nie zależało. Czyli prawdopodobnie (9 przypadków na 10) takich jak ty.

Dlatego w 9 przypadkach na 10 - to dzięki tobie rządzą nami właśnie ci, którzy rządzą. Bo nic nie robiąc, nie dając złotówki na jakąś przeciwwagę dla moheru, pozwoliłeś na to. Ciesz się tym teraz. I nie waż się narzekać - bo to twoja zasługa.

poniedziałek, 08 maja 2006
To niewiarygodne, ale dopiero teraz skończył się weekend z poprzedniego tygodnia.

Polacy są narodem zdecydowanie niedocenianym przez twórców powieści science-fiction. Tyle tu dziewiczych, niewykorzystanych literacko zjawisk. Na przykład fakt, że cały naród stracił nagle z życiorysu cały tydzień - czyż to nie jest zjawisko paranormalne? Bo normalne na pewno nie jest.

Osobiście nienawidzę tych "długich weekendów" z intensywnością godną lepszej sprawy. Przez 9 dni połowa kraju jest pogrążona w słodkiej atmosferze nieróbstwa i olewania, więc druga połowa, która chciałaby pracować, nie za bardzo może. Ogólne rozluźnienie skutecznie odbiera chęć do pracy.

Niektórzy ludzie mówią, że nas na to nie stać. Eee, co to za argument dla Polaka? Na becikowe też nas nie stać, i co z tego? A na dotacje dla nierentownych hut, kopalń, na utrzymywanie przerośniętej PKP i stutysięcznej armii urzędników ZUSu nad stać? Głupie pytanie, czy nas stać czy nie - kto się tym przejmuje? Kogo to obchodzi? No i słusznie - jak już olewać to wszystko.

Chodźmy na piwo.

czwartek, 27 kwietnia 2006
Duża dywersyfikacja środków przekazu mojej twórczości staje się dla mnie coraz bardziej kłopotliwa.

Eee... czy ktoś to zrozumiał? Dla normalnych ludzi jeszcze raz: robię za dużo rzeczy na raz i nie mam już, kurde, na to wszystko czasu.

Aktualnie jest noc, gdzieś koło drugiej. Postanowiłem w ramach eksperymentu napisać coś nocnego, istnieje bowiem powszechny mit, że prawdziwi twórcy pisują po nocach. Nie wiem czy to prawda, ale nocne pisanie na pewno brzmi dużo lepiej pod względem markietingowym niż pisanie dzienne. W dzień to się wypisuje faktury - poważne płody myśli człowieczej powstawać winny w porze nocnej.

Ok, więc spróbowałem. Potem spróbowałem drugi raz. I na tym się skończyło.

Nie wiem ilu pisarzy naprawdę tworzy po nocach, ale ze mną to nie działa. Owszem, wiem, że to jedynie słuszny sposób pisania, ale mnie się po prostu w nocy chce spać! W dzień z kolei zbyt dużo się dzieje dookoła, żeby się skupić, tak więc w dzień się nie da, w nocy jeszcze gorzej - i taki mój los.

Tworzę obecnie na czterech głównych płaszczyznach: blog, podcast, program i powieść. I za chwilę dojdzie piąte. A zawsze mówiłem, że nie lubię robić dwóch rzeczy na raz...

Abstrahując od tego... moment, czy ja nie używam zbyt trudnych słów dzisiaj? To zacznę jeszcze raz, prościej: Aaa, walić to wszystko. O kant dupy rozbić, i tak gówno z tego będzie.

No, proszę, i tak się właśnie kończy pisanie w nocy - zszedłem na psy. Ani nic wymyślić nie można, ani zdań sensownych ułożyć, ani nic śmiesznego, zarazem błyskotliwego wykoncypować. Ani nawet znaleźć harmonijnego kompromisu pomiędzy piękną, intelektualną formą języka, a jego uliczną, prostacką wersją.

W tej ostatniej kwestii: czy mnie czyta lud czy elita? Bo nie wiem jak się nastawić. Osobiście daleko mi i do jednego i drugiego. Do pierwszego, ze względu na ubóstwo intelektualne i brak szacunku do siebie i innych, do drugiego ze względu na zamknięty, sekciarski charakter i kompletny brak dystansu do siebie i świata. I co tu zrobić, skoro do niczego nie pasuję? Hm. Wot zagwozdka. A co gorsze, kwestia ta nasuwa dalsze pytanie: kim ja, do cholery, jestem?

I tak eksperyment pisania po nocy doprowadził mnie w końcu do pytania natury egzystencjalnej. To niedobrze, gdyż pytania natury egzystencjalnej są bardzo mądre, bardzo ważne, i nikogo zupełnie nie interesują. Czyli doszedłem do tego, co już wiedziałem: pisanie w nocy w moim przypadku nie ma najmniejszego sensu... Eh, chyba jednak pójdę spać.

Pozdrawiam na koniec chmurnie i ponuro, życząc wam wszystkim pracowitych dni i absolutnej bezczynności w nocy - nigdy odwrotnie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).