Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Laureat pokojowej nagrody Nobla, były prezydent Polski, drugi najbardziej znany w świecie Polak, Lech Wałęsa dostał w końcu szajby.

Nie wiem dokładnie, co mu jest, podejrzewam, że jest to rodzaj paranoi albo manii prześladowczej. Na podobną dolegliwość chorują Kaczyńscy - ciągle im się wydaje, że jacyś źli ludzie na nich czychają, spiskują przeciwko nim i tak dalej. Nie ma co opisywać, to znana choroba w wyższych kręgach. O, Stalin na przykład miał taką.

Szkoda faceta (Wałęsy, nie Stalina), bo zrobił trochę dobrego. Niestety potem został prezydentem i to był błąd. Odtąd szybko zaczęła kiełkować w nim szajba, a dziś rozrosła się niczym baobab i biedny wąsaty dziadek Lech nie rozróżnia już, co jest rzeczywistością, a co jego wyobraźnią. Żyje w swoim własnym świecie. Polityczny autyzm.

Co zrobił Wałęsa? Otóż napisał list. A dokładniej maila (tak, stary Wałęsa umie pisać maile). Żeby nie było wątpliwości, autor blogu "Prawy Prosty" pisze a propos tego listu: "Pan Wałęsa w odpowiedzi na moje zapytanie dotyczące autentyczności tego listu fakt ten potwierdził".

Co jest w tym mailu? Jeżeli nie chce wam się czytać, powiem w skrócie, że Wałęsa nazywa tam wszystkich, którzy wyemigrowali z Polski w latach 80-tych zdrajcami, renegatami, małymi tchórzliwymi dezerterami bez honoru oraz twierdzi w nienawistnych słowach, że są to "ludzie chorzy z nienawiści do wszystkiego, co polskie, co wielkie, co nie da się splugawić". Do Wałęsy, w szczególności. Co tu dużo gadać, dziadek Wałęsa cierpi na paranoję.

Lech Wałęsa na spotkaniu z gen. KiszczakiemJuż jak został prezydentem byłem przekonany, że paru psychiatrów powinno tego człowieka zbadać, zanim mu się pozwoli prezydentować. Niestety jakimś dziwnym owczym pędem wszyscy (oprócz Urbana i tygodnika "NIE") traktowali wtedy Wałęsę jak świętą krowę i dyskretnie udawali, iż nie dostrzegają, że prezydent, umysłowo rzecz biorąc, jest kretynem. W jakim innym kraju na świecie jest możliwe, żeby facet o tak niskim ilorazie inteligencji, wiedzy i obycia został prezydentem? Jest w tym jednak coś pocieszającego, bo wynika z tego, że nawet będąc kretynem (patrz: Wałęsa, patrz: Lepper) można zajść wysoko i dokonać czegoś wielkiego i dobrego (to już tylko Wałęsa). Skoro Wałęsa potrafił - ty też potrafisz!

Dochodzę również do smutnego wniosku, że patriotyzm w połączeniu z prostotą umysłu robi z mózgu sraczkę. Tym bardziej w połączeniu z alkoholem (a Wałęsa lubi wypić, jak to prawdziwy Polak-patriota) i szczątkowym poczuciem humoru. No bo rozumiem, że wąsaty pan wkurzył się na jakiegoś zagranicznego kretyna, że wypisuje brednie o tym, że ten i ów działacz Solidarności był żydo-masono-komunistą, ale taka reakcja na owe pierdoły pasuje do chama ze wsi, nie zaś do byłego prezydenta kraju i naureata pokojowej nagrody Nobla.

Strzeżcie się, przyjaciele, ludzi, którzy nie mają dystansu do siebie i do świata!

piątek, 21 kwietnia 2006
Przedwczoraj miałem sen. Był rewelacyjny, dlatego chciałem go tutaj przedstawić, ale zapomniałem kto był głównym bohaterem. Pamiętam tylko, że ten ktoś pojechał na wyprawę do Ameryki Południowej i tam zjadły go węże. Trzy albo cztery żmije. I potem ktoś, zdaje się, że ocalały towarzysz podróży, przywiózł te żmije do kraju i sprzedał je na Allegro za jakąś kosmiczną sumę.

Ha, to był dopiero sen! Chociaż w druku nie jest już taki fajny. Tego typu sny trzeba po prostu przeżyć. Ale to tak na marginesie.

Słucham sobie ostatnio ruskich podcastów. Jeżeli nie wiesz, co to jest podcast - łatwo się dowiesz szukając w sieci. Ruski podcast, którego słucham, nazywa się "Янки после пьянки" (czyli: "Janki poslje pianki" - oj, rosyjski napisany łacińskimi literami w polskiej transliteracji wygląda idiotycznie). Ot, dwóch ruskich z Chicago gada na różne tematy. Tematy jak tematy, faceci jak faceci - ale ten język!

Po dwóch tygodniach słuchania okazało się, że odkryłem rewelacyjny sposób na naukę języka! Coraz więcej rozumiem, nowych słów się ciągle uczę, coraz lepiej "wyczuwam" język. Bo to przecież żywy, codzienny język, mówiony, a nie pisany, i jakość dobra, i ciekawe, i śmieszne czasem, a jak czegoś nie zrozumiem, to mogę łatwo cofnąć i posłuchać jeszcze raz. Cóż może być lepszego do praktycznej nauki języka, niż podcast?

Ruski podcast - lepsze niż kurs językowy!


wtorek, 18 kwietnia 2006
Uff. Skończyły się święta. Chwała Bogu!

Ci, którzy mnie znają lepiej, znają mój stosunek do świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Krótko mówiąc jest on właśnie stosunkowy. Stosunkuję te stosunkowane święta i chciałbym, żeby się wraz ze swoją stosunkowaną świąteczną atmosferą raz na zawsze ode mnie odstosunkowały.

Źródłem tego światopoglądu jest, podejrzewam, moje nonkonformistyczne umiłowanie prawdy (wychowałem się na książkach Karola Maya...) i jakiś wrodzony zmysł wykrywania fałszu, iluzji i zakłamania. Gdyby bowiem istniały termometry mierzące poziom zakłamania w powietrzu to w czasie świąt wszystkie by wybuchały.

Zakłamanie - jedno z wielu - polega na tym, że są to ponoć święta z gruntu chrześcijańskie. Prawda: są de iure, nie są de facto. I Boże Narodzenie i Wielkanoc to mieszanka pogańskich zwyczajów z chrześcijańską koncepcją. Przecież to nie Bóg kazał stawiać choinkę, to nie Jezus kazał święcić jajka. Jezus nie urodził się w grudniu, a Wielkanoc to wbrew pozorom nie Pascha. Ale przyjąwszy nawet, że domieszka pogaństwa przez te parę wieków zdążyła wyparować, i tak mało kogo obchodzi boży element tych świąt. Albowiem od paru ładnych lat i Boże Narodzenie i Wielkanoc nie są już świętami chrześcijańskimi - są to święta rodzinne.

Nie wiem dokładnie, co to znaczy, ale we wszystkich masowych mediach podkreśla się rodzinność świąt unikając zbyt osobistych odwołań do Boga, duchowości religii, czy - broń Boże - Jezusa. To konsekwencja "poprawności politycznej", paradoks, polegający na tym, że masowe media muszą być religijnie obojętne - w końcu są masowe, dla wszystkich - a święta w swojej naturze takie nie są. W związku z tym trzeba albo przyjąć religijny punkt widzenia mówiąc o świętach, albo święta odreligijnić. To drugie jest znacznie korzystniejsze dla wszystkich. Jedyne, co na tym cierpi, to prawda, sens i spójność tego wszystkiego - ale na tych rzeczach i tak mało komu zależy.

I tak, uśmiechnięty i odpicowany pan w telewizji nie życzy nam "żeby żyjący, zmartwychwstały Jezus błogosławił nam w jego naśladowaniu". Życzy nam natomiast "aby te święta upłynęły w ciepłej i rodzinnej atmosferze". Nie życzy "żebyśmy stawali się bardziej podobni do Jezusa i postępowali tak jak On". Życzy "abyśmy byli dla siebie życzliwi i bardziej wrażliwi na ludzkie potrzeby". Niby to samo, niby na jedno wychodzi - ale w tym pierwszym to Bóg jest w centrum, a w tym drugim - moje własne ja.

Tak więc mamy - i będziemy mieć w coraz większym stopniu - chrześcijańskie święta bez chrześcijaństwa, zmartwychwstanie bez Chrystusa, a zamiast Boga mamy rodzinę - czyli nas samych, nas ludzi. Gdy dawniej celem świąt było skupienie się na Jezusie, na Bogu - teraz to jest czas skupienia się na sobie i na rodzinie. Bo jaki stworzyliśmy świat, takie i tworzymy święta. Święta kompatybilne ze światem reklam, gdzie w centrum tego ogromnego, złożonego wszechświata znajduje się twoje własne ja. Dokarmiaj je, pój, czyść i pieść - radzi świat. I to samo radzą święta.

Rzygać się chce.

środa, 12 kwietnia 2006
Ktoś mi zwrócił uwagę w komentarzu, że przynudzam, bo ciągle piszę o katarze. Hm. Może i słusznie. Zamiast zająć się czymś, co odwróciłoby moją uwagę od sami-wiecie-czego, jeszcze bardziej się na sami-wiecie-czym skupiam. Racja. Godny ten komentarz i sprawiedliwy. Komentujcie więc, kochani, dużo i obficie, gdyż słuszne to i zbawienne.

Żeby więc zmusić komórki mózgowe to działania po przerwie spowodowanej sami-wiecie-czym, skomentuję kolejny po ptasiej grypie obowiązujący aktualnie temat, mianowicie: "czy Judasz był bohaterem?".

Temat jest jadowicie nudny i żenujący, więc powiem krótko: nie, nie był. Wszelkie intelektualne dywagacje na temat alternatywnych dziejów Judasza są co prawda niezwykle porywające, ale trzymają się faktów równie mocno jak pająk-anorektyk startującego Boeinga 747.

Manuskrypt opatrzony idiotycznym, ale genialnie brzmiącym pod względem medialnym, określeniem: "ewangelia świętego Judasza" znany był już dawno temu. Jego wiarygodność jako dokumentu opisującego rzeczywiste fakty ma się do 4 biblijnych ewangelii tak jak baśnie braci Grimm do reportażu w CNN. Nie trzeba do tego zaawansowanej wiedzy biblijnej - wystarczy poczytać i porównać. Swoją drogą, kiedyś zastanawiałem się nad tym dlaczego akurat te księgi wybrano do kanonu Pisma Świętego, a inne odrzucono. Dlaczego akurate te? Ale jak trochę wniknąłem w temat okazało się, że to nic szczególnie sensacyjnego - wybór był raczej oczywisty. Wystarczy przeczytać i porównać.

Przedwczoraj TVP2 puściła debatę na żywo na temat "ewangelii Judasza". Eksperci, w tym dwóch biblistów znających się na temacie, prowadziło sobie dywagacje. Z tych dwóch, którzy wiedzieli o czym mówią, jeden był nadętym super-nad-inteligentem, który przy pierwszej wypowiedzi zażądał ostro "proszę mi nie przerywać", po czym przerywał ochoczo każdemu, kto głosił inne poglądy niż on. Drugi to był ksiądz. Cóż, nobody's perfect. Ksiądz zaczął od tego, że artykuł w Gazecie Wyborczej, która o owej "ewangelii" napisała, zawierał podstawowe błędy merytoryczne. Ksiądz miał rację. Powiedział też, że przedstawienie tej sprawy jako "jednego z największych archeologicznych odkryć stulecia" jest niedorzecznością. Ksiądz znów miał rację. Po tej wypowiedzi nastąpiła seria wodolejstwa stulecia, gdzie każdy z ekspertów próbował wykazać, że jest mądrym, oczytanym, wybitnym publicystą/biblistą/dziennikarzem*niepotrzebne skreślić. Co do mnie, z żadnym z tych panów nie poszedłbym na piwo, co najlepiej pokazuje, ile są dla mnie warci.

Wypowiedzi na temat bohaterstwa Judasza wzbudzają we mnie głębokie westchnienie i chęć pomocy bliźniemu poprzez wykazanie rzeczowymi argumentami, że jest w błędzie. Jeżeli więc akurat mi się chce i uważam, że warto, to tłumaczę zacnemu człowiekowi, że nie, Judasz nie był bohaterem (np. tutaj: http://cyrk.blox.pl). Sprawa z Judaszem jest dokładnie taka sama jak z ewolucją: na pierwszy rzut oka teoria wydaje się sensowna. Ale tylko wtedy, kiedy się nie zna dobrze ani Biblii ani historii/biologii/genetyki/kosmologii*niepotrzebne skreślić.

I zastanawiam się, czy to zainteresowanie Judaszem jest obecne tylko w mediach (bo apetyt na ptasią grypę się wyczerpał) czy wśród zwykłych ludzi też. Ale tego nie mam jak zbadać - nie mam aż tylu znajomych, żeby zrobić badania opinii publicznej. Ale na tyle, na ile ją znam (opinię publiczną), podejrzewam, że więcej emocji wzbudzi w niej pierwsza lepsza promocja w hipermarkecie, niż to, czy Judasz był zdrajcą czy bohaterem. Eh, w jakim świecie przyszło nam żyć...

środa, 05 kwietnia 2006
Znów jestem chory.

To, czego najbardziej nie lubię w życiu to chorowanie. Nic to w sumie poważnego: ból gardła jakiś, osłabionko lekkie, gorączka maleńka i ten cholerny, wszechogarniający, przesłaniający wszystko katar.

Kataru nie należy niedoceniać. Czy wiecie, że podczas wypraw do Ameryki przez pierwszych hiszpańskich konkwistadorów, południowo-amerykańscy Indianie umierali masowo właśnie na zwykły europejski katar? I w sumie chyba lepiej na tym wyszli, bo niedoczekali mającego niebawem nadejść błogosławieństwa nowej religii, którą wprowadzano w imię Świętej Matki Kościoła. Ogniem, mieczem i katarem. W zamian za cenny dar religii pobierano z Ameryki złoto i niewolników, aby obie strony coś z tego miały. Nie ma to jak interesy z papieskimi legatami: "my wam damy religię, a wy nam złoto - będzie fair".

Skąd się w ogóle wziął ten katar? Nie udało mi się znaleźć żadnej sensownej teorii co do pochodzenia wirusów. Większość mówi: przez mutacje. Niestety nie mam już słodkiego luksusu niewiedzy, a bajki lubię, ale w nie nie wierzę. Jak ktoś by mnie przekonywał, że wirusy komputerowe powstają poprzez błędy w kopiowaniu plików (odpowiednik mutacji) to powiem, że ten ktoś albo nie wie o czym mówi albo stracił rozum. Nie, wirusy nie powstały przez mutacje. To dzieło dobrze zaplanowane i skonstruowane, z określonym przeznaczeniem, bez śladów przypadkowości. Podobnie jak w przypadku wirusów komputerowych, ktoś je stworzył, to dość oczywiste. Pytanie tylko kto? I po co?

Wielu pewnie podejrzewa, że katar stworzył szatan. Brzmi to idiotycznie. Może powiem to w sposób łatwiejszy do przełknięcia: istnieje hipoteza, iż za powstanie szkodliwych baterii, wirusów i drobnoustrojów odpowiedzialne są wysokie w hierarchii przeciwne Bogu istoty duchowe. No, już trochę lepiej, chociaż też trochę głupawo.

Czy szatan skonstruował wirusy? Osobiście raczej wątpię. Nie dlatego, że siły duchowe nie mogą mieć bezpośredniego wpływu na świat materialny - oczywiście, że mogą. Wątpię dlatego, że jest tylko jeden Stwórca, który potrafi starzać ex nihilo, z niczego. Cała reszta, z ludźmi na czele, potrafi jedynie tworzyć z czegoś, co już istnieje. Więc może szatan stworzył katar z czegoś?

No może. Ale ja podejrzewam, że to raczej ten, kto stworzył wszystko pozostałe, stworzył też i katar. Po co? Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale to dobre pytania. Może między innymi po to, żeby taki Martin zmuszony był przez parę dni nie programować, nie pisać, nie umawiać się - tylko odpocząć. Chociaż z drugiej strony jakość tego odpoczynku pozostawia wiele do życzenia.

Po co Bóg stworzył katar? Pomysły umieszczajcie w komentarzach!

wtorek, 04 kwietnia 2006
Jest pewna duża grupa społeczna, która nie ma żadnych specjalnych praw, wymaga się od niej niemożliwych rzeczy i jest wykorzystywana, ile się tylko da. Grupa ta to, oczywiście, mężczyźni.

Oczywiście mam tu na myśli tylko zdrowych, silnych, heteroseksualnych mężczyzn w sile wieku. Ci mają, szanowni Państwo, wyjątkowo przesrane.

Dokąd może dojść społeczeństwo, w którym chroni się przeciętność, nieudolność, bezmyślność, słabość, tchórzostwo, a karze się odwagę, siłę, przedsiębiorczość, zaradność?

Dawniej mężczyźni powiadali: my rządzimy światem, a nami kobiety. Potem ktoś wpadł na pomysł, żeby wpływ pośredni zamienić na bezpośredni, żeby ciężar rządzenia ponosiły też kobiety - no i skończyło się to "my rządzimy światem". Teraz jest "kobiety rządzą światem, i nami też".

Kobiety zaczęły przekształcać świat na taki, w którym im żyje się jak najlepiej, dążąc ze wszystkich sił do zaspokojenia tej jednej, najważniejszej, najbardziej podstawowej kobiecej potrzeby: poczucia bezpieczeństwa. Udało im się to znakomicie - w porównaniu z poprzednimi wiekami bezpieczeństwo życia w Europie - bo o Europie tu mówię - wzrosło niezaprzeczalnie. Tyle, że skutki uboczne tego bezpieczeństwa uber alles sprawiają, że dla aktywnych, przedsiębiorczych, kreatywnych mężczyzn ten świat jest niejadalny. Czasem nawet trujący. Bo kobiety dążąc do życia totalnie bezpiecznego, życia bez wojen, konfliktów, ryzyka i zagrożeń, sprawiły przy okazji, że nie ma już o co walczyć, nie ma o co ginąć i - logiczna konsekwencja - nie ma też po co żyć. Przeciętny więc człowiek żyje tylko dlatego, że żyje, bez jakiegoś konkretnego celu ani powodu - bez sensu, ale za to bezpiecznie.

Tylor Durdan w filmie "Fight Club" powiedział, że jesteśmy pokoleniem mężczyzn wychowanych przez kobiety. Trudno się nie zgodzić. Wszędzie dookoła widzę mężczyzn, którzy myślą jak kobiety, mówią jak kobiety i postępują jak kobiety. Tylko czekam, kiedy im biust wyrośnie.

Nie żebym nie lubił biustu, nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam biust - ale na właściwym miejscu. Tak samo, nie ma nic złego w kobiecym sposobie myślenia. Od tego kobieta jest kobietą, żeby myślała jak kobieta, mówiła jak kobieta, postępowała jak kobieta, dbała o dom, o bezpieczeństwo, dodawała życiu piękna. I dobrze przecież. Dobrze, ale - na Boga - na właściwym miejscu! W polityce, gospodarce, zarządzaniu ludźmi - tutaj nie ma miejsca na kobiece myślenie!

Tyle razy słyszałem wśrod różnych grup ludzi, w kościołach w szczególności, jak kobiety się żalą, że brakuje prawdziwych mężczyzn. Często słyszałem, jak deklarują chęć, żeby mężczyzna jaki się pojawił i wziął się do roboty i poprowadził, ale kiedy już jakiś przyjdzie i zacznie wprowadzać męski punkt widzenia i męski sposób postępowania, natychmiast pojawia się niechęć, protesty, obawy i gwałtowne hamowanie. Głównie ze strony tych kobiet, którym tak ponoć mężczyzny brakowało. Bo owszem, one chcą mężczyzn-liderów, ale takich, co by myśleli prawidłowo - czyli tak, jak kobieta. Pogłaskać po głowie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, nie wychylać się i dbać o to, żeby wszystkim było maksymalnie bezpiecznie. Takie skrzyżowanie domu z więzieniem.

Drogie panie! Ależ męski punkt widzenia jest potrzebny! Bezpieczeństwo i ochranianie w wydaniu kobiecym na dłuższą metę nie są dobre. Dziecko musi się przeziębić, żeby nabrać odporności. Musi dostać w tyłek póki jest małe, żeby nie dostać w pysk, jak będzie większe. I trzeba dać mu się czasem sparzyć, żeby poznało co dobre, a co złe. Pozwolić komuś na cierpienie, wiedząc, że to dobre, chociaż boli - do tego potrzeba męskiego podejścia.

Dziś miliony młodych mężczyzn, wychowanych po kobiecemu, to emocjonalne kaleki. Miliony chrześcijan w swoich zdominowanych przez kobiety kościołach są sami praktycznie kobietami: bierni, zachowawczy, bojący się ryzyka, nastawieni na pielęgnowanie, nie na tworzenie, na zachowywanie, a nie zdobywanie.

Drogie panie! Do was kieruję tę prośbę, bo to wy dziś rządzicie kościołami, gospodarką, mediami, państwem ect.

Drogie panie! Pozwólcie mężczyznom być mężczyznami, do cholery!

czwartek, 30 marca 2006
A ja jadę jutro na rekolekcje!

Nie, nie jestem miłośnikiem Rodziny Radia Maryja, nie należę do oazy, a religii ogólnie nie lubię. Nie chodzę też do gimnazjum, względnie liceum. Ba, nawet nie jestem katolikiem! A jednak na rekolekcje jadę. I do tego będę w nich aktywnie uczestniczył za pomocą pary rąk, i pary strun: gitarowych i głosowych.

Wiedzieliście, że protestanci też mają rekolekcje? Dowiedziałem się o tym całkiem niedawno, chociaż formalnie jestem protestantem od kilkunastu lat. Ba, mają nawet lekcje religii! Na mocy Bóg wie jakich ustaw, kościoły protestanckie mają te same prawa w państwie, co kościół katolicki: a więc na przykład mogą organizować lekcje w szkołach albo wyjazdy rekolekcyjne. Konkurencja taka.

Pamiętam rekolekcje z mojego dzieciństwa. Polegały na tym, że było parę dni wolnego od szkoły (plus!) okupione koniecznością chodzenia do kościoła (minus). W kościele panowała nuda gorsza niż na sześciogodzinnym posiedzeniu rady nadzorczej w Motoroli, co było fatalnym posunięciem marketingowym ze strony ubranych w gustowną czerń pracowników Pana Boga. Gdyby to byli moi pracownicy, dałbym im wszystkim kupa w d*** i wywalił z roboty na zbity pysk za psucie dobrej marki. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że Kościół to wcale nie jest filia Pana Boga, a ci ubrani na czarno to wcale nie są jego pracownicy. Z lektury Biblii wynika dość jasno, że firma pod tytułem "Bóg" w ogóle nie ma filii na Ziemi. Tak więc świętą rację miał ten, kto powiedział, że kto czyta nie błądzi.

Podejrzewam, że wielu z was ma podobne do mnie przeżycia, tym trudniej wam sobie pewnie wyobrazić, że bardzo się cieszę, że jutro jadę na rekolekcje. Bo tym razem nie będzie kościoła, nie będzie mszy, nie będzie kazań głoszych z ambon - a będą dzieci, będą piosenki, będzie zabawa, będzie rozmawianie o Bogu poznanym z osobistych doświadczeń, a nie ze studiów teologicznych. Nie będzie kapłanów - po prostu ci starsi będą uczyć tych młodszych. A fundamentem będzie Biblia, a nie ksiądz. Tam będzie nie Bóg kościelny, ale Bóg życiowy.

Czasem mam wrażenie, że jest dwóch Bogów: jeden niedzielny, kościelny, uroczysty, a drugi zwyczajny, codzienny, zaangażowany w nasze brudy. Jeden kapłański, drugi świecki. O religijnym mówi Kościół - o świeckim mówi Biblia.

I przez najbliższe 3 dni na rekolekcjach w Czchowie będzie o tym Bogu świeckim, tym z Biblii, tym prawdziwym, co przewija się ciągle przez nasze życie, chociaż nie zawsze to zauważamy. Znajomość z nim... ale o tym napiszę innym razem.

Good bye Kraków, hello Czchów!

By the way - wszyscy, którym słowo Czchów coś szczególnego mówi, proszeni są o zostawienie komentarzyka!  :-)

środa, 29 marca 2006
Kiedy przeglądam czasem swoje stare teksty i publikacje, odczuwam najczęściej coś w rodzaju zażenowania ("Ja? Ja tą tandetę spłodziłem? Ja te bzdury napisałem?"). Jest to ze wszech miar zdrowy objaw i pożądania godny, gdyż prowadzi do samodoskonalenia. To znaczy, nie zawsze, czasem prowadzić może do apatii, depresji, agresywnych zachować i myśli samobójczych, ale to już kwestia odpowiednich fundamentów życiowych. Trick polega na tym, żeby nie czerpać poczucia własnej wartości z pisania, ale z zupełnie innych rzeczy, najlepiej takich, które trudno obrócić w pył, proch i perzynę.

Czasem zdarzy się, że przeczytam coś, co sam napisałem i autentycznie mi się to spodoba. Takie szczęśliwe zdarzenie spotkało mnie parę dni temu, kiedy przeczytałem fragment relacji z mojej podróży do Odessy, gdzie pojechałem na chrześcijański obóz języka angielskiego:

"Po kilku dniach spędzonych na obozie mogę już z całą pewnością stwierdzić, że życie w warunkach, gdzie kibel jest śmierdzącą dziurą, a prysznic trzema (i pół) ścianami stojącymi na wolnym powietrzu na środku obozu, jest możliwe. Co więcej, jest całkiem ciekawe i sprzyja niwelowaniu dystansu w kontaktach międzyludzkich. A czasem nawet międzypłciowych. To ostatnie działa zdrowotnie zwłaszcza na Amerykanów. Przez kilka lat, podczas których miałem okazję poznać kilkudziesięciu amerykańskich protestantów, zauważyłem, że wielu z nich ma jakieś dziwaczne, nienaturalne podejście do spraw męsko-damskich. Musi to mieć jakiś związek z nauczaniem w kościołach, bo dokładnie takie same dziwactwa prezentują nierzadko polscy protestanci - zwłaszcza ci wychowani w kościołach od dziecka. Znam na przykład jednego posuniętego w latach pastora, który ma taką zasadę, że nie może przebywać sam z kobietą w jednym pomieszczeniu. Ani też w samochodzie. W związku z czym, nie podwozi na przykład pewnej staruszki, która ma w sobie tyle sex apealu, ile nadgniłe jabłko, które spadło z pruchniejącego drzewa na świeży nawóz. Jak dla mnie tego typu zachowania/poglądy mogą (acz nie muszą) świadczyć o lekkiej paranoi na punkcie seksu, ale cóż, quot capita, tot sensus, i każdy sobie może wymyślać takie chore idiotyzmy, jakie mu się żywnie podoba. Byle ich nie narzucał innym, amen."

Szczególnie spodobał mi się, nie wiem dlaczego, opis owej staruszki. Nie pamiętam jej już dokładnie. W sumie to chyba nie żałuję. Niektórych rzeczy nie należy przywoływać z otchłani niepamięci (np. staruszki), ale niektóre po latach zyskują smak (np. relacja z podróży do Odessy). Jeżeli macie jakieś swoje stare teksty, nagrania czy zdjęcia - pogrzebcie w archiwach i przypomnijcie je sobie. Kto wie, może po latach nabrały wartości?

Jeżeli ktoś chciałby przeczytać całośc relacji podróży znajdzie ją tu http://www.teoria.pl/martin/odesseia.

poniedziałek, 27 marca 2006
Wczoraj miałem wątpliwą przyjemnosć wracać do domu późnym wieczorem. Droga prowadziła przez osiedle, zawdzięczające swoje istnienie pierwszemu sekretarzowi Gierkowi (czy innemu Gomułce, nie wiem dokładnie). Jeżeli mieszkacie w większym polskim mieście to znacie dobrze te osiedla, zbudowane topornie jak Związek Radziecki, ze sterczącymi w niebo szkaradnymi blokami, które miały być przytulnym zaciszem dla ludu pracującego socjalistycznej ojczyzny, a stały się inkubatorami wszelkiego rodzaju patalogii społecznych. Wyobrażam sobie, że kiedy spadnie deszcz to takie osiedle musi wyglądać z lotu ptaka jak kawał gnojówki, na powierzchni której ktoś poukładał szare cegłówki. Te osiedla są jak pomnik poprzedniej epoki, który zdaje się mówić: oto, jak się kończą wzniosłe idee, szlachetne ideologie, porywające serca i umysły. Pamiętaj, synu - przemawia do mnie osiedle - o tych czasach, kiedy ci tam na górze snuli górnolotne marzenia o równości klasowej, o sprawiedliwości społecznej, a tu u nas na dole rosła szarość, toporność, brzydota i wszechogarniający syf. Patrzcie na nas - mówią osiedlowe bloki - patrzcie, i nie zapominajcie.

Nieszczęście polega na tym, że ci na górze, którzy mają na cokolwiek wpływ, nie usłyszą tego głosu, bo nie mieszkają zwykle na takich osiedlach tylko w willach gdzieś w ładnej okolicy. I, podobnie z resztą jak i ci na dole, szychy tego świata myślą raczej o sobie, o swoich rodzinach (jeżeli się jaki przyzwoitszy trafi), może czasem o swoich przyjaciołach i sąsiadach, ale na tym koniec. Bo dobro publiczne to teoretyczna abstrakcja, a dobro własne - to solidna rzeczywistość.

Kiedy więc wracałem wieczorem przez wyżej opisane osiedle zauważyłem grupki policjantów o odstraszającym wyglądzie. Nie, żebym się zmartwił, wręcz przeciwnie: a niech se łażą, całymi tabunami niech się snują, im więcej tym lepiej. Zdziwiłem się tylko, bo widok nowoczesnego policjanta na post-PRLowskim osiedlu to nieczęsty widok. Jakoż i objawiła się szybko przyczyna pielgrzymki niebieskiego luda - charakterystyczne grupki młodzieży osiedlowej, wyklutej kilkanaśnie lat wcześniej z mieszkań gdzieś w czeluściach bloków. Dla uproszczenia będę ich zwał w dalszej części blokersami.

Zwiększone natężenie blokersów na osiedlu nie wróży zwykle nic dobrego, ale ponieważ nie miałem przy sobie ani mojego pistoletu na śrut (często jedyny argument w dyskusji z blokersem) ani też gazu paraliżująco-łzawiącego (argument pomocniczy) postanowiłem udać się szybciutko do sklepu po piwo Dog in the Fog i czym prędzej zniknąć z ulic.

Sklep typu Żabka napchany był blokersami. Rozmawiali ze sobą w kolejce do kasy o swoim blokerskim życiu, o policji, o ziomalach, o tym kto kogo i za co i o tym co się stanie, jak psy za chwilę wpadną na kwadrat ziomalowi i jego matka się w końcu dowie to, co wszyscy oprócz niej o jej synku wiedzą. Szczególnie utkwił mi w głowie błyskotliwy, sarkastyczny komentarz jednego kolesia odnoszący się do obecności policji na osiedlu: "Kraków - europejskie miasto kultury".

Uważam, że to bardzo śmieszne.

I tym właśnie przeżyciem chciałem się z wami podzielić, życząc sobie i wam dalszego dynamicznego wzrostu Projektu Krajowego Brutto oraz częstych raportów premiera Marcinkiewicza o napawającej optymizmem sytuacji w kraju.

sobota, 18 marca 2006
Trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy ludzi opisywało już szmatławość tasiemcowych seriali typu "M jak miłość", "Na dobre i na złe", "Na Wspólnej" itd. Dołączam się do nich niniejszym jako osoba trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy pierwsza, i powiadam, że moim skromnym zdaniem trudno o większą tandetę intelektualną niż wyżej wymienione filowe śmieci. Nic odkrywczego, fakt. Ale jak ujęte!

Zjawisko tasiemców ujmuje mnie licznymi niezwykłymi fenomenami. Jeden z nich na przykład polega na tym, że tasiemcom brak wszystkich cech, za które ceni się normalne filmy. Scenariusz - mało sensacyjny, zwroty akcji  - przewidywalne do bólu, język - sztuczny jak jedzenie w McDonaldzie, poczucie humoru - śladowe (zapewne przeoczenie reżysera), a wszystko tak koszmarnie szablonowe jak, nie przymierzając, przemówienia pierwszego sekretarza KC PZPR. I fascynujące jest to, że w przypadku tasiemców wszystkie te wady stają się w przedziwny sposób zaletami.

Inny niezwykły paradoks polega na tym, że fabuła, która ma przedstawiać codzienne życie przeciętnych ludzi, jest kompletnie nierealistyczna. Ograniczę się tutaj tylko do jednej kwestii: języka. Otóż, jeżeli ktoś jeszcze nie zauważył, w polskiej codziennej rzeczywistości się klnie. I to na wszystkich szczeblach drabiny społecznej, z góry na dół. Od blokersa po prezydenta, od śmieciarza po lekarza - wszyscy klną. Należy to, widać, do dobrego smaku. Ten kto nie klnie jest podejrzany, podobnie jak ten, kto nie pije.

A w serialach? Przepiękna polszczyzna! Bohaterowie rozmawiają jakby wszyscy byli magistrami polonistyki! Zdania semantycznie poprawne, szyk bez zarzutu, nie brak orzeczenia ni przydawki... A kiedy ktoś kogoś chce obrazić to nie mówi "ty ch***u!" - powie "ty łotrze". Wykrzyknie: "jest pan szubrawcem!", nigdy zaś: "ty sk***nu p***ny!". Albowiem tasiemiec nie ma odzwierciedlać prawdziwej rzeczywistości - ma stwarzać zastępczą. Odwołuje się nie do tego, co jest naprawdę, ale do tego, co chcemy widzieć. Cóż, kolejny oczywisty fakt.

Kwintesencją tasiemca jest przeciętność. Średniość. Nijakość. Zwyczajność. Banał. Oto filmowy pomnik naszej cywilizacji: życie zastępcze dla milionów obywateli, których własne życie stało się tak bezpieczne, stabilne i monotonne, że straciło smak, zapach i kolor. To tak jakby ktoś spróbował prawdziwego życia, przeżuł, przetrawił, wyrzygał, na koniec doprawił to wszystko przyprawami, posypał glutaminianem sodu i podał w ładnym opakowaniu. Interes życia - miliony klientów kupuje towar codziennie i czeka niecierpliwie na nowe dostawy.

Ale to, co mnie naprawdę irytuje w tych niemiłosiernych Emjakmiłościach to to, że działają na mnie jak narkotyk. I za cholerę nie wiem dlaczego. Dlaczego na mnie? Jak raz przypadkowo natrafię gdzieś na odcinek nr tysiąc dwieście siedemdziesiąt dwa jakiegoś cholerstwa to nie tylko, że coś mnie zmusza, żeby doczekać do końca, ale jeszcze chce mi się poczekać na odcinek nr tysiąc dwieście siedemdziesiąt trzy. Nie pomaga przekonywanie samego siebie o szkodliwości mentalnej oglądania takich trocin, o stracie bezcennego czasu na coś, co nawet rozrywką nie jest, nie pomaga nawet, że ta część mojej osobowości, którą najbardziej cenię, wymiotuje z obrzydzenia i błaga o zmiłowanie, bo ta inna część, ta, której niezdrowa ciekawość każe wchłaniać owe arcydzieła miernoty, okazuje się silniejsza.

Ach, jakże marną istotą jest człowiek, że tak trudno mu wyłączyć telewizor!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).