Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

wtorek, 14 marca 2006
Pośród wielu upierdliwości życia poczesne miejsce zajmują staruszkowie.

Nie mam tu na myśli osobistych babć i dziadków - ich istnienie uważam za rewelacyjny pomysł, zwłaszcza kiedy się jest dzieckiem (później to już różnie bywa). Mam na myśli stare baby i pierników, którzy lezą samym środkiem chodnika kiwając się dodatkowo na boki, żeby nikt ich nie mógł wyminąć. Chodzi mi o średnio-rozgarniętą babcię, która przy kasie w sklepie spędza trzy bite minuty, z czego większą część zajmuje jej przeraźliwie powolne wsadzanie pieniędzy do portfela i produktów do reklamówek. Podczas tych pieczołowicie celebrowanych czynności babcia nie ruszy się na krok sprzed kasy, coby następny klient mógł zająć jej miejsce. A może właśnie dlatego. Może tak głęboko zakorzeniło jej się w głowie hasło "po odejściu od kasy reklamacji nie względnia się"? A może po prostu dlatego, że fakt istnienia innych ludzi nie jest dla niej zbyt istotny. Brak zrozumienia koncepcji pod tytułem "inni ludzie" jest u sierot po PRLu zadziwiająca.

Miałem okazję obserwować starsze pokolenie na Ukrainie i w Anglii. O ile na Ukrainie jest podobnie (aczkolwiek różnic też jest sporo), to w Anglii jest to zupełnie inny świat.

Tam nie ma mowy o zawalających drogę, obrażonych na życie przeżytków epoki. Tam stary człowiek różni się od młodego tylko wiekiem - nie, jak u nas, mentalnością. Babcie i dziadkowie jeżdżą samochodami, odbierają e-maile, wyszukują strony w internecie, rozmawiają przez komórki. Nie chodzą w chustkach podkreślających PGR-owskie robotniczo-chłopskie korzenie, tylko zwykłe, normalne czapki. A przede wszystkim rozumieją dobrze koncepcję "inni ludzie".

Tak więc w Anglii ludzie - nie tylko starzy - nie lezą środkiem chodnika, ale bokiem (żeby ktoś mógł ich wyprzedzić). Po zapłaceniu w sklepie usuwają się na bok, żeby następny klient mógł zapłacić. Jadąc schodami ruchomymi stoją po prawej stronie, żeby ktoś, komu się spieszy, mógł szybciej przejść lewą stroną. A na przystanku autobusowym ustawiają się w kolejce i wchodzą po kolei, bez wpychania się na siłę.

Pokażcie mi jedno polskie miasto, gdzie ludzie na przystanku ustawiają się spontanicznie w kolejce!

Dawniej, kiedy jeszcze kołatały we mnie resztki naiwnego optymizmu, spodziewałem się, że mentalność Polaków zmieni się wraz z nadejściem nowego, niespaczonego przez PRL, pokolenia. Gdzie tam! Nowe pokolenie odziedziczyło wszystkie buraczane cechy motłochowego, zdziczałego społeczeństwa i jeszcze dodało parę dodatkowych. Teraz nie tylko wszyscy pchają się na przystankach, ile wlezie, ale jeszcze klną towarzysko, ile siły w płucach, i palą dmuchając dymem wszystkim w nos. Koncepcja "inni ludzie" oddala się od nas coraz bardziej.

A chyba właśnie tego - powszechnego liczenia się z istnieniem innych ludzi - brakuje mi bodaj najbardziej po powrocie z Anglii.

poniedziałek, 06 marca 2006
Ludzie są jak owce.

To nic obraźliwego, prawda? Ludzie sami siebie porównują do owiec. Bo to takie miłe. Puszyste. Wełniste. Słodkie takie.

No owszem, są miłe, ciepłe, przytulne i tak dalej, ale owce wyróżnia zupełnie inna cecha, którą posiadają w natężeniu niespotykanym u wszystkich innych zwierząt: są nieprawdpodobnie, obezwładniająco, powalająco głupie.

Nie chce mi się szukać przykładów totalnej głupoty owiec, jak ktoś chce to niech poszuka. Ja chciałem tylko stwierdzić, że to prawda: faktycznie ludzie są jak owce.

Nic odkrywczego, prawda? Zdaje się, że niejaki Jeszua z Nazaretu powiedział to samo już 2000 lat temu. A przypomniało mi się to teraz w kontekście ptasiej grypy.

Ptasia grypa to, jak wiadomo, choroba, która w ogóle nie zagraża życiu ludzi, pod warunkiem, że nie nurzają się w gnoju i nie trzymają w domu stada kur. Tymczasem społeczeństwo wpada w taką panikę jakby ptasia grypa dotyczyła tego ptaka, którego każdy mężczyzna jest szczęśliwym posiadaczem. Tak, w tym przypadku niepokój społeczny byłby uzasadniony. Ja bym się bał, gdyby taka groźba zawisła nad moim ptakiem. Nikt by nie chciał, żeby ptak mu padł.

Zastanawiam się skąd się biorą te paniczne, paranoiczne reakcje, to rozdmuchiwanie średniej wielkości spraw do rozmiarów apokaliptycznego kataklizmu. Nie chodzi przecież o to, żeby nie reagować - chodzi o to, żeby reagować adekwatnie do wagi zdarzenia.

Kiedy ginie 70 osób w zawalonym budynku, wydzielamy z budżetu państwa 3 miliony złotych, zbieramy w organizacjach charytatywnych 5 milionów, ogłaszamy żałobę narodową i przez tydzień we wszystkich stacjach telewizyjnych o niczym innym się nie mówi. Jeżeli to jest reakcja adekwatna do zdarzenia, to dla porównania:
  • 2700 osób ginnie w wypadkach drogowych rocznie w Polsce.
  • 200 osób zamarzło w Polsce tej zimy.
  • 14 nastolatków dziennie popełnia samobójstwo w USA.
  • 100000 osób ginie rocznie w wypadkach drogowych w Chinach.
  • 75 osób rocznie ginie w USA od piorunów.

Gdyby według tego samego przelicznika obwołać żałobę narodową w rocznicę zakończenia II wojny światowej, trwałaby ona 704 lata. Należałoby też - równie adekwatnie do wagi zdarzenia - uczcić żałobą narodową Ofiary Wypadków Drogowych (4 miesiące żałoby narodowej), Ofiary Samobójstw, Ofiary Zimy, Ofiary Pioruna oraz - minutą ciszy - Ofiary Zaksztuszenia Sokiem Malinowym. Proszę się nie śmiać - jeżeli dla narodu znaczenie ma śmierć przypadkowych osób na skutek zawalenia się dachu na targach gołębi to nie widzę powodu, żeby odmówić prawa do żałoby, zbiórki pieniędzy i 3 milionów przyznanych przez premiera ofiarom zaksztuszenia sokiem malinowym.

To wcale nie jest śmieszne. W grę wchodzi śmierć, a ja się tu nabijam. A jakby mnie coś takiego spotkało?

Otóż mnie coś takiego na pewno spotka! I ciebie też. Pana, panią, nawet samego Pana Premiera. Dach, ptasia grypa, rozerwanie granatem czy zawał serca - wszyscy umrzemy. Zapomnieliście??? Zawaleni dachem zginęli, zarażeni prasią grypą zginęli, a my co - będziemy żyć wiecznie? Jeżeli nawet, to na pewno nie na tej ziemi. Wszyscy równo, sprawiedliwie, socjalistycznie odwalimy kitę.

Weźcie więc to sobie w końcu do serca i przestańcie panikować i siać paranoję z powodu byle ptasiej grypy.

Wy owce jedne!

środa, 01 marca 2006
Postanowiłem dzisiaj znaleźć jakąś internetową stację chrześcijańską, żeby sobie czegoś słuchać podczas pracy. Internetową dlatego, że nie mam radia, a mam stałe łącze. A chrześcijańską z racji moich zainteresowań.

Szukam, szukam i szlag mnie trafia (być może nie powinienem używać wyrażenia "szlag mnie trafia" w kontekście chrześcijaństwa, ale naprawdę nie potrafię znaleźć w tej sytuacji lepszego określenia).

Znalazłem pierwszą stację - po 10 sekundach poczułem taką senność, że musiałem czym prędzej wyłączyć. Druga była jeszcze gorsza - rzewne toto, słodkie, super-hiper-uczuciowe - nie dam rady, sorry. Albo usnę, albo wpadnę w depresję i popełnię samobójstwo. Potem znalazłem czyjeś piosenki i utwory istrumentalne luzem. Puszczam - znowu to samo. Rzewne, tkliwe, posypane cukrem, polane lukrem, płaczliwo-łzawo-przeżywające do głębi duszy. Mam dość.

Czy naprawdę nie da się inaczej? Czy Bóg jest tylko dla nadwrażliwych uczuciowo introwertyków, wzruszonych Bogiem do głębi, z całą duszą wywaloną na wierzch?

Owszem, da się inaczej. Jest jeszcze podejście do Boga typu "Radio Maryja" ("Bóg to zbiór zakazów i nakazów z silnym naciskiem na nakaz chodzenia do kościoła"), jest też podejście typu "Namaszczony Zwycięski Kościół Jezusa" ("Bóg służy do tego, żebyśmy byli zdrowi, bogaci i mieli się czym ekscytować"), jest "Ostry Kościół Punkowych Chrześcijan" ("Jezus cię kocha, k***a mać!") i w końcu jest podejście typu "Kościół Młodzieżowy Zioma J.C." ("Ten koleś Dżej Si był przecoooolastym zioooomalem"). Są jeszcze inni. Ale nurt przewrażliwienia uczuciowego i tkliwości jest dominujący. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach kwestia Boga jest dla przeciętnego obywatela Polski kompletnie niejadalna.

Kochani chrześcijanie, szczerze mnie cieszy wasze oddanie Bogu, ale weźcie pod uwagę, że nie każdy chce, lubi i potrafi wywalać swoją duszę na wierzch. Na pewno każdy się zgodzi, że chwaląc Boga, należy go chwalić, a nie dokarmiać i tuczyć własną przerośniętą uczuciowość. Bo ten, którego chwalicie, lubi się śmiać przynajmniej tak często jak płakać. Nie sądzę, żeby ten, który stworzył małpy, osły i lemingi, który skonstruował organizm człowieka tak, że ów beka i puszcza, za przeproszeniem, bąki, oczekiwał aż takiej wzniosłości od człowieka, który jest prochem, mówiąc poetycko, a bardziej dosadnie: kupą mięsa, kości i wysoce nieestetycznych, mało duchowych procesów fizjologicznych.

Jezus był Żydem, nie Amerykaninem. Jaka to różnica? Żydzi chwaląc Boga, cieszą się. Amerykanie płaczą. Ze wzruszenia, oczywiście. Ja tam jestem za tym, żeby śmiech i radość w życiu z Bogiem były normą, a medytacja, kontemplacja i emocjonalne wzruszenia dodatkiem. Nie odwrotnie.

Chrześcijaństwo to nie ciągłe przeżywanie obecności Boga, to nie rozrzewnianie sie w duchu nad jego miłością - to czyny i słowa, którymi zmieniamy życie innych. Ten kocha Jezusa, kto postępuje tak jak on, nie ten, kto się wzrusza jego postępowaniem. Człowiek, którego chrześcijańskie życie składa się z rozrzewniania się nad miłością Jezusa - to egoista, a nie jego naśladowca. Bądź więc oddany Bogu, ale nie jako przyczepiona do niego emocjonalna pijawka.

No a póki co, dalej nie mam czego słuchać. Eh, chyba sam wezmę gitarę i sobie coś pogram. I pośpiewam ewentualnie. I pośmiejemy się razem z Bogiem.

Czego sobie i wam życzy,

piątek, 24 lutego 2006
Wsiadam dziś rano do tramwaju, rozglądam się i co widzę? Cztery osoby czytają książki.

- Ha! - myślę sobie - nie jest tak źle z narodem, jeszcze Polska nie zginęła póki my czytamy!

Przypatrzyłem się lepiej: wśród czytających same kobiety. No cóż, przynajmniej kobiety trzymają jakiś poziom. Patrzę dalej: dwie z nich mają w uszach słuchawki. Jedna słuchała jakiegoś wyjącego, charczącego i warczącego rzężenia tak głośno, że przez cały tramwaj szło echo. Tu mój poranny optymizm poważnie się zachwiał. Ale upadł i rozbił się w drzazgi o twardą skałę rzeczywistości dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem co zajadłe czytelniczki czytały: albo podręcznik, albo romansidło. To tyle, jeżeli chodzi o czytelnictwo w Polsce.

Morał pierwszy z tej historii: jeżeli chcesz zostać optymistą, nie przyglądaj się zbyt dokładnie rzeczywistości. Poprzestań na pierwszym wrażeniu. Nie dociekaj, nie wnikaj i nie licz.

Morał drugi: jeżeli chcesz utrzymywać się z pisania, pisz albo podręczniki albo romansidła.

Morał trzeci: ten, kto powiedział, że czytanie książek to przeżytek i strata czasu był idiotą. Niestety większość społeczeństwa temu idiocie uwierzyło. A jak myślicie, kim jest ten, kto wierzy idiocie? No kim?

I na koniec morał czwarty - zwięzły i krótki: ludzie, czytajcie książki!

środa, 22 lutego 2006
Śniło mi się, że byłem gościem w jakimś programie publicystycznym (typu "Co z tą Polską"). Przychodzę do studia, a tam mnie jakiś gość sadza przy stoliku z podejrzanie wyglądającymi typami. Następnie prowadzący przynosi mi talerz i nakłada jajecznicę.

Dowiaduję się, że głównym punktem programu ma być dysputa między mną a Leszkiem Bublem na temat tego czy Ukraina powinna należeć do Polski czy do Rosji. Hm, ciekawe. Widać jestem kimś ważnym w tym śnie.

Bubel pojawił się nie wiadomo skąd przy moim stoliku, popatrzył w kamerę i w końcu wyraził opinię, że Ukrainę powinno się dołączyć do Polski, a w ogóle najlepiej to by było, jakby wyrżnąć wszystkich Żydów. Na to ja odpowiedziałem, że Ukraina powinna się związać z Rosją, a najlepiej by było, jakby z nikim się nie łączyła, tylko wprowadziła wolny rynek i liberalizm gospodarczy. Kiedy zacząłem dowodzić, że nastąpiłby tam niechybnie szybki wzrost gospodarczy, Bubel zaczął na mnie najeżdżać, że jestem głupi, a w ogóle to pewnie jestem Żydem. Na co ja mu odpowiedziałem coś błyskotliwego (nie wiem co, ale wiem, że było błyskotliwe i inteligentne).

W końcu debata się skończyła i wszyscy powiedzieli, że bardzo dobrze wypadłem. Więc podszedłem do czyjegoś samochodu, żeby pojechać do domu, a tu nagle przychodzi Bubel i mówi, że samochody są beznadziejne. I że dużo lepiej użyć latającego dywanu. Po czym wyciąga skądś latający dywan, siada na niego, rzuca wszystkim pogardliwe spojrzenie i odlatuje. Bardzo mi się spodobał motyw z latającym dywanem i poszedłem się dowiedzieć, gdzie można taki kupić i ile kosztuje.

Rany, co za idiotyczny sen! Ja i Bubel w jednym pokoju??? Wstyd, proszę pana, wstyd, żeby mi się takie sny śniły!...

poniedziałek, 20 lutego 2006
Błogosławieni ci, którym wszystko wisi, albowiem oni osiągną święty spokój.

O, jakiż to musi być komfort, jakie życie musi być beztroskie, kiedy człowiekowi na niczym nie zależy! Czasem sobie myślę, że gdybym tylko mógł to tak bym właśnie chciał.

Wkurzył cię penent, zamykasz mu okienko przed nosem - bo co ci zależy? Wchodzi do tramwaju stuletnia babcia, nie ma miejsc - a ty rozsiadasz się wygodniej. Bo cię to wali. Twoja dziewczyna narzeka, że nie poświęcasz jej czasu - mówisz jej "sp***" i idziesz na piwo. I już. Nie zależy ci. Jesteś (nie daj Boże) w rządzie, dziura budżetowa aż piszczy, więc ty co? A zwiększasz wydatki na administrację, chociaż i tak jest już najbardziej rozbudowana w Europie, a rozdajesz becikowe pod świeżo zaciągniętą pożyczkę, którą będą spłacać dwa kolejne pokolenia. A jak! A co! Zależy ci?

Największym problemem przy takim podejściu do życia jest to, że w przypadku obecności resztek sumienia i poczucia ludzkiej przyzwoitości, musisz się co rano powstrzymywać, żeby nie napluć w lustro, widząc swoją twarz. Ale to się zadziwiająco rzadko zdarza.

Mnie niestety zależy. Głównie na ludziach. Na tym petencie, na tej babci, na tej dziewczynie, na tym społeczeństwie. Na tych na dole, na tych małych i słabych. Jakoś tak ich lubię, nie wiem dlaczego. Może to moje szlacheckie korzenie budzą we mnie chęć opieki nad tymi, którzy są mniejsi, słabsi i nie tak jak ja rozgarnięci?

To, że mi zależy, uważam za rodzaj kalectwa. Lub choroby. Myślę, że zaraziłem się od kogoś. Nawet chyba wiem od kogo. Tak czy owak, muszę z tym moim kalectwem żyć.

Czego sobie i wam na ten tydzień życzy,

piątek, 17 lutego 2006
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy byłem mocno zaangażowany w rozglądanie się za pracą. W związku z tym przechodziłem kilkakrotnie przez wszystkie możliwe etapy rekrutacji, najdziwaczniejsze rodzaje testów, rozmowy kwalifikacyjne z ludźmi na różnych szczeblach itd. I tak się przy tym zastanawiałem: ile z tego jest kwestią skutecznego działania sprawdzonych procedur selekcyjnych, a ile kwestią przypadku?

Ciekawe jak często się zdarza na przykład, że kandydat źle wypadł na rozmowie kwalifikacyjnej, bo akurat dostał rozwolnienia. Albo ma okres. Albo się nie wyspał. Nie wiem ile razy się to zdarza, ale wydaje mi się, że wpływ na to, żeby dobrać sobie dokładnie takiego pracownika, jakiego się szuka, jest minimalny.

I tak się jeszce zastanawiam: co powinno być dla programisty kryterium w poszukiwaniu pracy? Możliwość awansu, możliwość rozwoju, wybór właściwej ścieżki zawodowej... bla, bla, bla. Nudziarstwo. Dla mnie przy wyborze pracy co najmniej równie ważną role grają rzeczy następujące:
  • czy jest w pracy kuchnia i kawa
  • czy współpracownicy mają poczucie humoru (o, bardzo ważne!)
  • czy jest w okolicy cukiernia i spożywczy
  • czy pracując można słuchać radia
  • czy jest gdzie zostawić rower
  • czy kolega przy biurku obok głośno siorbie pijąc kawę
  • czy widok z okna jest bardzo przygnębiający
  • czy będę musiał nosić garnitur, krawat itp.
Ale jeszcze się nie spotkałem z tym, żeby w ofercie pracy ktoś napisał:

Firma taka-i-taka zatrudni tego-i-tego.
Wymagamy:
  • 2 lata doświadczenia z C/C++, Visual C++, MFC
  • komunikatywność
  • bla bla bla...

Oferujemy:
  • niezłe zarobki
  • wesołą drużynę
  • darmowe sesje u psychologa-specjalisty w leczeniach chorób związanych z pracoholizmem
  • piątkowe konkursy gry w Counter-Strike'a w sieci firmowej
  • ładny widok z okna
  • doskonałą brazylijską kawę
  • kolorowe ściany, na których można malować
  • dwa sklepy spożywcze, jedną cukiernię i McDonald's 50 metrów od siedziby firmy
  • firmowe rybki, chomika i dwie papugi
Ach, gdybym znalazł taką firmię... Z taką firmą związałbym się na długie, długie lata! Więcej firm z luźnym podejściem do życia życzy sobie i wam,
środa, 15 lutego 2006
Wiele osób zastanawia się jak mogę godzić krytyczne, kąśliwe, zgryźliwe, złośliwe i ogólnie nieprzyjemne wypowiedzi z tym, że jestem chrześcijaninem, czego wcale nie kryję.

Chociaż określenie "zastanawia się" w ostatnim zdaniu jest nieścisłe. Zastanawiać, to się raczej nie zastanawiają. Większość z tych osób już wie, co myśleć należy i albo mi się dziwi albo się nade mną lituje albo mnie potępia, albo też mnie "napomina" (eufemistyczne określenie potępienia), abym był miły, uprzejmy i zawsze się uśmiechał, jak na chrześcijanina przystało.

Ani mi się śni.

Po pierwsze dlatego, że bycie chrześcijaninem nie oznacza dla mnie przymus u bezustannego uśmiechania się do siebie nawzajem, jak w stereotypowym obrazie przeciętnego Amerykanina. Skoro chrześcijaństwo to naśladowanie Chrystusa (jak sama nazwa wskazuje), nie powinno nikogo dziwić, że uczeń zachowa się czasem podobnie jak jego nauczyciel. Do tego ile Jezus publicznie nakrytykował jemu współczesnych (nie żeby sobie na to nie zasłużyli) to mi ciągle daleko. Czasami obdażał ich epitetami, za które dzisiaj z miejsca by mu wytoczono proces. Urbanem nie leciał, to fakt, ale i tak, im bliższe oryginału tłumaczenie, tym bardziej widać jak mocno i twardo brzmiały słowa Jezusa z Nazaretu.

Po drugie dlatego, że ci, na których wieszam psy, dobrze się napracowali, żeby sobie na ten wątpliwy zaszczyt zasłużyć. Mówienie prawdy o kanaliach i durniach niesie same dobrodziejstwa: jednego ostrzeże, innemu sprawi ulgę, kogoś zmusi do myślenia, a ktoś poczuje się odważniejszy i mniej stłamszony widząc, że ktoś inny potrafił powiedzieć głośno i otwarcie to, co wielu myślało w głębi ducha.

Po trzecie dlatego, że waga popełnianych świństw, draństw i sk***syństw powinna mieć proporcjonalne odzwierciedlenie w słowach. Jeżeli więc za głupotę, brak wyobraźni, chciwość czy egoizm jakiegoś faceta płacą setki tysięcy ludzi - wtedy należy użyć naprawdę mocnych i dobitnych słów, by to adekwatnie opisać. Bo kto zabrania piętnować krzywdzącego, ten pluje w twarz krzywdzonym.

Nieszczęście polega na tym, że wielu z tych, którzy traktują Boga poważnie tak zakochali się w miłości, że zapomnieli o rozumie. Między miłością a "atmosferą miłości" jest akurat taka różnica jak między sprawiedliwością, a "sprawiedliwością społeczną". Miłość pojęta jako wyłącznie pozytywne myślenie, wyłącznie pozytywne uczucia, wyłącznie pozytywne słowa musi wcześniej czy później doprowadzić do konfliktu z rzeczywistością, która bywa negatywna dość często. A wtedy można albo rzeczywistość przemilczeć, albo zakłamać. I tak, źle rozumiana i źle uskuteczniana miłość prowadzi w prostej linii do życia w kłamstwie i hipokryzji.

Dobre samopoczucie albo prawdziwy obraz rzeczywistości - wybór należy do ciebie! Którą z tych opcji łatwiej pogodzić z chrześcijaństwem? Oceń sam.

poniedziałek, 13 lutego 2006
Moje pierwsze wrażenie z pierwszego dnia w nowej pracy byłoby zdecydowanie ciekawsze i pełniejsze, gdybym nie miał dogorywającego wciąż jeszcze mega-kataru, który zasnuwał całą rzeczywistość mgłą i osiadał na wszystkim lepką, glutowatą warstwą. W przenośni, oczywiście.

Jedyne więc czym się mogę podzielić to zatrważająca ilość dokumentów wymaganych przy umowie o pracę. Ostatnią taką umowę podpisywałem parę lat temu. Okazuje się, że świat posunął się od tego czasu naprzód - albo się cofnął. Ilość papierów wzrosła. Wzrosła też ich absurdalna niedorzeczność, wynikająca z rozrośniętego koszmarnie Kodeksu Pracy - prawnego gniota, dziurawego niczym polska droga 3ciej kategorii. Te dziury trzeba niestety łatać kilogramami głupkowatych dokumentów wysyłanych do utrzymywanych z naszych pieniędzy urzędów. Rozrost biurokracji i państwa socjalnego już dawno przekroczył rozmiary znane z czasów PRLu i zmierza dalej beztrosko w górę.

Niezbyt jestem szczęśliwy, że przypadło mi żyć w takich czasach i takich miejscu. Na to pierwsze nie mam wpływu, ale to drugie mogę zmienić. I zrobię to. Ale jeszcze nie teraz. Bo z drugiej strony im durniej - tym ciekawiej. Bo to jest tak, że z jednej strony pomstuję na obecny stan polskiej rzeczywistości, ale z drugiej boję sie, że w normalniejszym kraju umarłbym z nudów. Taki to już mój dylemat.

Tyle wynurzeń na dziś. A teraz - do pracy!

piątek, 10 lutego 2006
Wczoraj włączam telewizor, a tu gada chomik z lisem.

Najpopularniejszy obecnie polityk w kraju, jego ekscelencja premier RP Kazimierz Marcinkiewicz był wczoraj na rozmowie z Tomaszem Lisem w programie "Co z tą Polską?".

Rzadko oglądam mordy polityków w telewizji, bo mam alergię na nieszczerość, więc nie miałem okazji przyjrzeć się lepiej temu fenomenalnemu premierowi wszechczasów. Wczoraj jednak przyjrzałem mu się dokładnie, posłuchałem co mówił i wnioski mam następujące:

  1. Premier Marcinkiewicz przypomina mi z gęby chomika, z postawy politycznej zaś bliźniaka Kaczyńskiego (wszystko jedno którego, niczym się nie różnią). W związku z tym będę w dalszej części używał określenia "Chomik" lub "Trzeci Bliźniak".
  2. Chomik kojarzy mi się z Gierkiem. Gierek też był swój chłop, też kumał się chętnie z niższymi warstwami społeczeństwa, też go wszyscy lubilii też nie miał bladego pojęcia o rządzeniu. Chomik robi też to samo, co Gierek: bierze na kredyt i rozdaje ludziom. Jak będzie dalej ciągnął tym torem, to nie mam wątpliwości, że po tym jak już zrujnuje do reszty gospodarkę, ludzie będą go bardzo ciepło wspominać, i mieć do niego wiele sympatii.
  3. Do chomika pasuje określenie: "premier-gawędziarz".
  4. Wcześniej myślałem, że rozdawanie z budżetu na prawo i lewo przy jednoczesnym trąbieniu o "tanim państwie" oraz obsadzanie wszystkich możliwych stanowisk swoimi ludźmi przy jednoczesnym ogłoszaniu, że skończyły się czasy kolesiostwa i partyjniactwa to przejaw politycznego cynizmu i wyrachowania. Dziś wierzę, że Chomik naprawdę wierzy w to co mówi. On nie jest cynikiem. On jest, jak sam o sobie powiedział, człowiekiem głęboko wierzącym. Tak. On po prostu nie zawraca sobie głowy faktami. Wierzy w swoje wizje i nie pozwala, żeby rzeczywistość odbierała mu tę wiarę.
  5. Chomik jest jak leming - coś go pcha naprzód, to idzie. Jak już nie może iść dalej - to też idzie. A za nim reszta lemingów - my.
  6. Nie można nie podziwiać tego jak Trzeci Bliźniak potrafi obrócić porażkę w sukces. Mówisz mu: "bezrobocie wzrosło o 1,5% za waszych rządów", a on ci: "no bo w zimie zawsze wzrasta, a rok temu to w ogóle wzrosło więcej niż teraz, więc tak naprawdę to nam wzrosło mniej niż normalnie wzrasta, więc jak się temu przyjrzeć lepiej, to nam zmalało". Wrosło, czyli zmalało. A trzy minuty później chomik mówi, że dzięki ich ciężkiej pracy na jesieni bezrobocie zmaleje o 1,5% (o tym, że zawsze na jesieni maleje, nagle zapomniał). Wzrosło - nie ich wina, zmalało - ich zasługa. Brawo! I za to Naród kocha swojego chomika!
  7. Trzeci Bliźniak powiedział, że rząd i PiS są jak rodzina. Zgadzam się. Jak rodzina Corleone. Tyle, że chomik na Ojca Chrzestnego nie pasuje. Chociaż z drugiej strony, jaki kraj, taki i ojciec chrzestny.
  8. Tomasz Lis mnie rozczarował jak rzadko. Przy tak jaskrawym rozdźwięku pomiędzy tym, co ten rząd obiecywał, a tym co zrobił, o nacjonaliźmie, radiomaryjności nie wspominając, mógł redaktor Lis roznieść chomika w strzępy argumentami i skopać jego dogorywające resztki, by zakończyć efektowym kopem z półobrotu. Tymczasem na paru uszczypnięciach w tyłek się skończyło.
  9. Kiedy premier przeżartego korupcją kraju z 20% bezrobociem, niedorozwiniętą gospodarką i prowadzącym do rychłej katastrofy systemem finansów publicznych opowiada optymistyczne farmazony o tym jak jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, po czym zaczyna gawędzić o tym, co je na śniadanie - włosy mi stają dęba na głowie. Nasuwają mi się następujące podejrzenia:
    1. albo katastrofy nie da się już zatrzymać, więc nie warto się przejmować
    2. albo premier nie ma bladego pojęcia o tym, jak naprawdę wygląda sytuacja w kraju, którym rządzi
    3. albo własna popularność i dobre samopoczucie obywateli interesują go bardziej niż ratowanie państwa
    4. albo też jest on pełnym charyzmy i optymizmu idiotą.
Jak jest naprawdę, oceńcie sami. Podkreślam, że to tylko możliwości. Nie wiem jak jest naprawdę, więc żeby mi tu nikt nie mówił, że obrażam premiera! Nic podobnego. Określenie "chomik" jest pieszczotliwe. "Leming" też.


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).