Kategorie: Wszystkie | Wszystko, co mam do powiedzenia
RSS

Wszystko, co mam do powiedzenia

czwartek, 09 lutego 2006
Polega ona na tym, że blog Masa Krytyczna staje się niniejszym moim blogiem! "A czyim był do tej pory?" - zapytacie. Do tej pory był blogiem publicznym, co widać po ostatnich dwóch wpisach. Pełen luz był - przychodzi kto chce, pisze co chce, jak chce i kiedy chce, wolność, swoboda, anarchia i liberum veto.

Otóż koniec tej cholernej złotej wolności szlacheckiej, psia jucha! Wprowadzam blogowy zamordyzm!

No, w każdym razie zamordyzm w porównaniu z tym, co było. A tak naprawdę to będzie zwykła blogowa norma: ja piszę, ty czytasz, ja się wysilam, ty się śmiejesz, ja się staram, ty to masz w dupie, itd. Taka norma. Z tym, że co dla jednego normą, to dla innego zamordyzmem. Jak w życiu. Jak w Polsce.

Rewolucja stała się dlatego, że moi Szanowni i Godni Wszelkiego Szacunku Sponsorzy i Założyciele (tak, to ci sami, którzy z uporem godnym lepszej sprawy nazywają mnie ciągle "najbardziej zasranym polskim podcasterem", co ma z resztą swoje uzasadnienie), twórcy podcastu "Nie tylko dla orłów" z Irlandii zgodzili się w komentarzu, cobym odogólnił bloga.

No to odogólniłem. I odtąd będzie już pełna jasność: to pisze, kto czyta, a kto komentuje.

Quod erat demonstrandum, amen.

poniedziałek, 06 lutego 2006

Gdy on umiera na katar, czyli chory facet w domu


Każdy mężczyzna jest przewrażliwiony na punkcie swego zdrowia. Wystarczy bowiem, że temperatura podskoczy tylko o jeden stopień, a najbardziej poważny pan domu przeobraża się w uciążliwego pięciolatka.

Podejrzewa u siebie groźną chorobę

 Jacek, mój mąż, godzinami wsłuchuje się w swój organizm. Gdy burczy mu w brzuchu, jest pewny, że to rak jelit, a chrypkę traktuje jako objaw zapalenia płuc. Ostatnio złapało go przeziębienie i zaczęły się korowody od lekarza do lekarza. Żaden nie był wystarczająco dobry. "To konowały, na niczym się nie znają" - stwierdził. Choć wyniki badań ma książkowe, nie wierzy, że wszystko jest w porządku. Godzinami studiuje Encyklopedię Zdrowia, wyszukając sobie chorobę. Jego dolegliwości to w naszym domu temat nr 1. Przestaliśmy uprawiać seks, bo, zdaniem męża, w tym stanie jego zdrowia wysiłek jest niewskazany. Boję się pomyśleć, co będzie, kiedy on naprawdę poważnie zachoruje.

Wierzy tylko w naturalne metody

 Pacjencie, jeśli życie ci miłe, lecz się sam - to dewiza mojego męża. Owszem, gdy mu coś dolega, idzie do lekarza, ale tylko po to, by udowodnić, że medycyna białego człowieka nadal jest w powijakach. Z reguły sam sobie stawia diagnozę i zaczyna swoje cudowne terapie. Garściami pochłania witaminy i paramedykamenty, faszeruje się czosnkiem, nalewką z orzechów i syropem z buraków. Pije hektolitry ziół i robi sobie okłady z kapusty. Rezultat - w naszym domu śmierdzi, a buteleczki z miksturami są wszędzie. Zaliczył już zielarza, homeopatę, bioterapeutę i specjalistę od akupunktury. Kiedy wspomniałam coś o antybiotykach, popatrzył na mnie jak na kosmitę. Już sama nie wiem: śmiać się czy płakać.

Życie naszej rodziny staje na głowie

 To było miesiąc temu. Kiedy wróciłam z pracy, Adam leżał z kompresem na czole i jęczał: "Dlaczego tak długo? Ja tu umieram, a ciebie to nie interesuje". Natychmiast dostałam zlecenie - do apteki po coś na grypę, do kiosku po gazety i do sklepu po piwo (na grzańca). I choć dopadł go zwykły katar, następne dni były koszmarem. Adam sterroryzował całą rodzinę. Wszystko go irytowało: dzieciaki bały się oddychać, a ja musiałam przenieść się do gościnnego pokoju, by on mógł się wyspać. Miałam pełne ręce roboty - byłam niańką, pielęgniarką, chłopcem na posyłki. I cały czas przyrządzałam smakołyki, konieczne, jego zdaniem, do wyzdrowienia. Czy to docenił? Skąd! Wciąż mi wypomina, że nie wzięłam urlopu, by się nim opiekować.

Zgrywa bohatera, ale chce wzbudzić współczucie

 Mój mąż uważa, że prawdziwy facet nie zaprząta sobie głowy swoim zdrowiem. I kiedy ma grypę, gorączkę, jak gdyby nic chodzi do pracy, twierdząc, że dla takiego twardziela jak on to pryszcz. Kicha, kaszle, stęka, wygląda jak ostatnie nieszczęście, ale nie ma mowy, aby położył się do łóżka. I oczywiście nie wybiera się do lekarza, bo - jak twierdzi - samo przyszło, to i samo przejdzie. Cała rodzina prosi, aby się przebadał, wziął jakieś leki, ale gdzie tam. Prawdziwego mężczyzny nie złamie nic. Tym swoim bohaterstwem doprowadza mnie do furii. Czasami się zastanawiam, czy rzeczywiście jest twardzielem, czy raczej chce być w centrum uwagi.

niedziela, 05 lutego 2006
... ciężko chory na katar.

Katar to wyjątkowo brutalna choroba, której upierdliwość jest porównywalna z cierpiącym na psychozę maniakalną flegmatycznym kontrolerem Sanepidu , który porażki w życiu seksualnym rekompensuje sobie przeprowadzaniem bezlitosnych kontroli w zakładach pracy.

Katar - a mówię o porządnym katarze, o katarze przez duże "K" - nie dlatego jest brutalny, że powoduje jakieś cierpienia, tylko dlatego, że uniemożliwia całą masę rzeczy. Uniemożliwia spanie, wstawanie, pójście do sklepu, nie pomylenie się przy kasie, odbiera poczucie smaku, zmniejsza refleks do poziomu u niedorozwiniętego chłopa z PGRu. Urodę oblicza niszczy. Oczy mgłą zasnuwa. Nos w ogórka kiszonego zamienia. I tak dalej, and so on, ect.

Skąd wziął się taki katar przez duże "k"? Otóż możliwe, że było to tak:
Budzę się rano, patrzę dookoła - a tu Polska. Tak się tym przejąłem, że aż mi się słabo zrobiło - i tą moją słabość wykorzystał katar i przejął panowanie w organiźmie. Na tej samej z resztą zasadzie kolejne ekipy rządzące zdobywają w Polsce władzę. Ludzie się budzą, patrzą dookoła - a tu Polska. Słabo im się robi. Mówią sobie "k*** mać, słabo mi" - i tą ich słabość wykorzystuje ten i ów, żeby sobie trochę porządzić. Zupełnie jak katar.

No dobra, ale skąd się katar bierze tak naprawdę? Otóż katar przychodzi od jakiegoś sk***syna. Potem ten sk***syn zaraża następnego i tak leci, aż do momentu, kiedy ty sam stajesz się sk***synem zarażającym innych. To też ważna i pożyteczna nauka i bez wątpienia można ją zastosować do napisania pracy magisterskiej pod tytułem:

Analiza procesu powstawania sk***synów w społeczeństwie na przykładzie kataru (przez duże K).

Myślę, że bredzę. To przez ten katar. Mam nadzieje, że komentarze będą lepsze niż ten wpis. Byle do wiosny.

czwartek, 02 lutego 2006
Dawno, dawno temu było sobie święto w Europie o nazwie Dzień Niedźwiedzia. Wypadało ono 2 lutego, czyli mniej więcej w środku zimy. Chodziło w nim o to, że niedźwiedź przewracał się na drugi bok, bo połowa zimy minęła i teraz będzie już tylko lepiej. Święto niedźwiedzia obchodziło się w bardzo praktyczny sposób: mężczyźni przebierali się w skóry i maski niedźwiedzi, napadali na wioski i gwałcili dziewczęta. Proszę, jak wesoło, przyjemnie i kolorowo żyło się w pogańskiej Europie! A dziś mamy tylko dyskoteki...

W Anglii niedźwiedzie się skończyły, więc - żeby nie marnować takiego fajnego święta - praojcowie Sherlocka Holmesa i królowej Elżbiety zrobili sobie w zamian Dzień Borsuka. A potem, jak brytyjczycy osiedlili się w Ameryce, okazało się, że z kolei borsuków nie ma, ale za to są świstaki - i tak pojawił się Dzień Świstaka. Obchodzi się go na pamiątkę starych, dobrych czasów, kiedy to można było pobiegać sobie po wioskach i pogwałcić conieco.

A potem Harold Ramis nakręcił film Dzień Świstaka i święto zmieniło znaczenie. Teraz, od 1993 roku dokładnie, Dzień Świstaka zaczyna się 2 lutego rano i trwa kilkaset dni. Kończy się dopiero w momencie, kiedy nauczysz się grać na fortepianie, rzeźbić w śniegu, naprawiać ekspresowo samochody, następnie uratujesz od śmierci lub kalectwa 5 osób, by po pracowitym dniu spocząć u boku kobiety, która jeszcze rano uważała cię za kompletnego dupka. Ale do tego trzeba się nazywać Bill Murray.

Jeżeli nie masz tego szczęścia, jest duża szansa, że twój Dzień Świstaka zaczął się dobrych parę lat temu i trwa do dzisiaj, a ty nawet tego nie zauważyłeś. Możesz rozpoznać to zjawisko po tym, że każdy kolejny dzień jest zadziwiająco podobny do poprzedniego. Budzisz się ciągle w tym samym miejscu, wszystko dookoła takie same i zawsze jest środek zimy. A jeżeli pracujesz w tym samym miejscu więcej niż 2 lata to jest prawie pewne, że dziś jest 2 lutego, Dzień Świstaka. I jutro też będzie. I pojutrze. I za tydzień. Aż do momentu, kiedy ktoś kopnie cię w dupę i nada ci rozpęd, dzięki któremu zrobisz coś w końcu ze swoim życiem. Możesz też kopnąć się w dupę sam, aczkolwiek jest to dość trudne. Naprawdę, lepiej poprosić przyjaciela. Dla niego chwila przyjemności, a dla ciebie pożytek na całe życie.

Zagadka: jakie jest największe województwo w Polsce? Województwo Puxatawney!

Życzę wam, żeby jutro, kiedy się obudzicie, był 3 lutego - pierwszy dzień z reszty waszego życia.

wtorek, 31 stycznia 2006

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie

Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Andrzej Bursa, Modlitwa dziękczynna z wymówką
(ze strony
http://www.bolgraph.com.pl/Andrzej_Bursa/wiersze)

poniedziałek, 30 stycznia 2006

Martin się dowiedział i jest uradowany. A w każdym razie zrobiło mi się wesoło. To nie do końca to samo, ale dobry początek.

Ha! Mam już swój blog! Cieszy mnie niewymownie, że dołączyłem do szacownego grona blogerów: do tysięcy piętnastolatek, piszących o tym, która nauczycielka jest aktualnie najwredniejsza i jakie to sensacyjne wydarzenia miały wczoraj miejsce w szkole; do trochę starszych niewiast przerabiających swoje czarne nastroje na kod HTML przystrajając je wdzięcznie myślami o samobójstwie (niestety zazwyczaj go w końcu nie popełniają, a szkoda, bo mógłby być z tego większy pożytek, niż z zarażania wszystkich dookoła swoją egzystencjalną beznadziejnością); dołączam do stutysięcznej rzeszy tych, co napisali cztery wpisy i zniknęli za zawsze, do tych, co chcą, a nie mogą, do tych co mogą, ale im się nie chce, wreszcie do całej armii wtórnych analfabetów nie potrafiących napisać poprawnie po polsku jednego zdania oraz w końcu - do nielicznych wyjątków (jeden na tysiąc), których naprawdę warto czytać.

Życzę więc sobie, abym znalazł swoje miejsce wśród tych ostatnich.

Oprócz tego życzę sobie też:

  • Abym umiał zręcznie lawirować pomiędzy smrodliwością procesów fizjologicznych a egzystencjalną powagą wyższych duchowych wartości człowieczeństwa; motto: znaleźć swe miejsce między sraniem a powagąAbym nie zanudził czytających pisaniną o Bardzo Ważnych Sprawach
  • Abym nie spłoszył czytających pisaniną o dupie marynie, sraniu i zadumą nad puszczaniem bąków w miejscach publicznych.
  • Abym w ogóle miał jakichś czytających
  • Aby kataklizm gospodarczy spotkał Polskę jak najpóźniej, dzięki czemu będę mógł zażyć trochę świętego spokoju i pośmiać się trochę z głupoty
  • Żebym znalazł co dwa, trzy dni chwilkę czasu na pisanie tego, za przeproszeniem, bloga
  • Żebym sarkazm i cynizm były w tym daniu przyprawą, a nie potrawą

Ok. Bedzie tego. Starczy. Enough. W końcu to tylko prolog.

Z poważaniem (albo i bez - zależy kto czyta),

Martin

piątek, 20 stycznia 2006



Martin jak sie dowie, bedzie uradowany. Badz wkurw***. Jednakze przeczuwalismy, ze zawsze mial smykalke do pisania, (wyrazil nawet chec zalozenia bloga w swoim ostatnim zimowym odcinku), zatem by ulatwic mu zycie, zalozylismy za niego...bloga...



Oto on, najbardziej zasrany podcaster na swiecie...
Masa Krytyczna - bulwersujący, irytujący, skandalizujący blog gadany (mp3).